luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
czwartek, 24 maja 2012
Filmy, które mnie zrobiły: Pociąg ****

Maturę, to zdałem właściwie zupełnie ledwo. Teraz nikt do tego żadnej ciężkiej wagi nie stosuje, no ale wtedy byłem taki, że się bałem, iż jej nie zdam i iż będę musiał wyjechać do Anglii. A to wszystko dlatego, bo w czwartej klasie ogólniaka byłem w takim konkursie o wiedzy z filmów. Zamknęli nas przez tydzień w wielkim domu w Gdańsku, i tam oglądaliśmy światowe filmy i codziennie były różne konkursy, o filmie polskim, albo zagranicznym, o wiedzeniu jaki to kawałek filmu, albo skąd ta muzyka. Różni ludzie byli, ale z całej Polski raczej. I to było w kwietniu, to ja już od grudnia robiłem tak, żeby się tam dostać. I się dostałem i nawet różne miejsca zająłem i mam ciągle teraz różne książki, że nagrody. Ale matury to przez to prawie zupełnie nie zdałem. 

I wtedy właśnie pierwszy raz oglądnąłem kolejny film, co mnie zrobił, pt. "Pociąg". Jest to film zrobiony przez Polskę, raczej bardzo dawno temu. Ale jakbym miał dać medal na najlepszy polski film czarno-biały, to jednak nie dałbym "Nożowi w wodzie", ale właśnie "Pociągowi" dla Kawalerowicza. I to nie dlatego, że na końcu jest porządna, jak w "Szóstym zmyśle", zaskoczka. Ja, to z innego powodu. Z takiego właśnie, że potem to nic już innego nie chciałem, tylko ciągle jeździć pociągami, aż na Hel najlepiej od razu, i zobaczyć czy to naprawdę jest tak z tymi ludźmi, jak w filmie. Okazało się jednak, że nie jeździłem jednak ciągle. No, ale jak już jechałem, to się lampiłem na wszystkich ludzi, jak ta papuga. Dlatego wiem teraz, że w pociągach już tak raczej nie ma, jak w pociągu w filmie "Pociąg". To bardziej już chyba na lotniskach, ale nie, że tanie linie, tylko jakieś dalekie. Uważam też, że na przykład na promach przez ocean to już prędzej tak może być, ale tam to bardziej, że im chce się spać ze sobą. A nie rozmawiać, czy brać śluby. Więc stwierdzam, że już nie ma nigdzie z ludźmi tak, jak w tym filmie, bo nikt już nie chce rozmawiać, tylko od razu spać ze sobą. 

W ogóle, to weźcie zrozumcie, jak oni z tą całą kamerą się zmieścili w korytarzach i w przedziałach, a wtedy to kamery były przecież wielkie jak fortepiany! Fajnie też muzyka, jak ta kobieta śpiewała, a pociąg jechał po torach w nocy, to to było bardzo fajne. Więc teraz chciałbym podziękować mojej polonistce, że ona dała mi całkiem niezłe oceny na maturze, a nic nie umiałem, chociaż to też ona mnie na ten konkurs wysłała, więc to się zrównuje, ale co tam. Zdałem, to zdałem. Dziękuję proszę pani!

a zdjęcia są z: culture.pl, stopklatka.pl, portel.pl, kinoplay.pl

Tagi: pociąg
11:35, kukok
Link Komentarze (6) »
piątek, 18 maja 2012
Filmy, które mnie zrobiły: "Speed" ****

To jak byłem w podstawówce, nie? To leciał w kinie film "Speed". Ja tak chciałem iść na niego, bo moja babcia na nim była i mi mówiła, że on taki dobry jest, jak jakieś jej ciasto wręcz! Że oni w metrze są w siebie tak wtuleni, jak ono pędzi bez kierowcy na złamanie ich karków i nóg. Tylko, że puszczali go aż o godzinie 20.00, i mama nie pozwoliła mi pójść, że za późno. I obejrzałem go za tydzień na kasecie video z wypożyczalni, czyli takiej pirackiej, oszukańczej. Tak to w zasadzie było. Ale ciągle czekam, aż ten film wróci do kin, np. w 3D, by nareszcie oglądnąć go na sporym ekranie.

Film kinowy "Speed" jest to dzieło, które zrobiło historię kina na zupełnie inną, przynajmniej tę z filmami akcji. To nowość była, że tutaj tak pędzi wszystko od samego początku, już nawet napisy jadą z windami przed tytułem! Każdą rzecz widać od razu, bez gadania. A nie jak wcześniej w filmach akcji, że musieli powiedzieć różne długie rzeczy bardzo wyraźnie, żeby coś się wreszcie zaczęło. I tak się czekało, i czekało, ale przecież ile można?! To teraz dam 3 cytaty, bardzo dobre, z filmu "Speed", gdzie generalnie to aż tak dużo nie gadają, a jak już gadają, to bardzo dobrze:

1. "Zapomniałeś pączka." - to jak Jack kupuje pączka i go zapomina. I od razu po tym wybucha pierwszy autobus. I to jest piękne właśnie. Że Jack mówi: "Dzięki", i BUM! od razu. Takie to wszystko sprzęgnięte, że aż się rymuje, jak u Tuwima. Tylko, że zupełnie często się zastanawiam czasami, dlaczego on tego pączka właściwie zapomina? Żeby w sumie co? Bo nie wiem, co. To jest autentycznie dziwne. Ha! No właśnie. I dlatego właśnie jest w tym filmie niezbadana tajemnica, kompletnie inne dno, o którym można mówić i mówić, a i tak się go nie zobaczy, jak na przykład u Kieślowskiego.

2. "Zostać, czy zjechać? Zostać, czy zjechać?!" - to krzyczy Annie, jak jadą przez miasto i jest skręt i ona po prostu nie wie, czy ma zostać na tej ulicy, co nią jadą, czy zjechać na tę drugą, co ją widzą. Uważam, że gdybym był wtedy z nimi, to też bym nie wiedział. No bo niby skąd? Tyle budynków zbudowali w Los Angeles, że po prostu nie widać, co jest dalej. I to jeszcze takie wysokie. Też byście nie zobaczyli. Wszystko jest zasłonięte. Czyli mamy kolejną tajemnicę, taką dziwność, która dowodzi o niezbadanym, innym dnie. Że ono naprawdę jest.

3. "Ale ja jestem teraz wyższy." - to było na metrze, jak pędziło tunelami i Denisowi Hopperowi czerwone światło na suficie zmiażdżyło, rozerwało i odpadło mu głowę. Uważam, że to jest dobre zakończenie, i gdybym to ja kręcił "Speed", to chyba bym wpadł na coś identycznego. Tylko może światło bym dał pomarańczowe, bo zielone znaczy, że masz jechać. Czerwone, że stać. A pomarańczowe w sumie ani to, ani tamto. Tak dziwnie i tajemniczo by było. Jak z tym pączkiem. Ale może za bardzo wtedy już by się zrobiło jak u Kieślowskiego i za mocno z tymi dnami bym dowalił. A to przecież film akcji.

Taki to właśnie ten film "Speed" jest, co mnie zrobił jako dziecko, że znowu to Los Angeles chciałbym zobaczyć. Jak w "Langolierach". Tak jeździć po nim chociaż z raz, czy dwa. Albo trzy. Nawet autobusem. To teraz chciałbym podziękować mojej babci, że pracowała w kinie i mogłem tak dużo lat chodzić za darmo na filmy, i na niektóre to nie tylko jeden raz raczej. Albo, że z kimś przychodzić z klasy, czy z podwórka. Dziękuję babciu!

a zdjęcia wziąłem z: wn.com, autos.groups.yahoo.com, imcdb.org, explow.com

Tagi: speed
12:07, kukok
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 14 maja 2012
Filmy, które mnie zrobiły: "Langoliery" ****

Że teraz już od sporego dawna nie ma w kinach nic dobrego, albo robią w Gdyni festiwal z polskimi filmami głównie o łzach i lamencie, a ja przecież jestem raczej wesoły zwykle, i nie mam z nimi wszystkimi specjalnego jakiegoś zamiaru, to od teraz rozpoczynam tutaj coś nowego. I to dlatego rozpoczynam, że byłem dzisiaj w domu rodzinnem, pojechałem tam, i zjeździłem rowerem wszędzie, gdzie jak byłem zdziecinniały, to robiłem wiele rzeczy. Że na przykład szedłem oddać na końcu ferii zimowych w podstawówce filmy do wypożyczalni w takim domku jednorodzinnym, przez wielki śnieg, i obok szło dwóch chłopaków, bardzo wesołych. A ja się tak w środku znacznie dziwiłem, że jak to oni są weseli, jak ferie się kończą, i nie będzie już można tyle filmów oglądać na video, albo siedzieć w kinie, co je miałem za dara, bo babcia tam była kierowniczką? To tę przykładowo sytuację właśnie zapamiętałem. I teraz dam jedno zdjęcie z filmu "Langoliery", co zaraz o nim napiszę:

Czyli zatem nowy cykl na Srecenzjach będzie zawierał kilka srecenzji, jeszcze nie wiem ile w sumie, ale będą one o filmach, które mnie zrobiły, że taki jestem, a nie jakiś inny. Głównie te filmy mnie takiego porobiły, kiedy byłem w podstawówce. Są one zupełnie różne i zaskakujące. Nie będę leciał alfabetycznie, tylko tak, jak mi się napomkną. I każda srecenzje będzie miała w początku swoiste wspomnienie, jak tutaj z tym feriami w śniegu, a na końcu podziękownie dla kogoś, kto mi coś z filmami zrobił dobrego.

Tak więc dzisiaj mi się napomknął na rowerze film, i to nie kinowy, bo go miałem wtedy z wypożyczalni, pt. "Langoliery", zrobiony z książki Stephena Kinga. Oglądałem go w niedzielę, w szóstej klasie. I teraz, o czym on jest. A jest o czymś fajnym, mówię Wam! No więc, jest sobie wielki samolot, który leci.

Leci z Los Angeles do Nowego Jorku chyba. W USA, w takim kraju z Hollywood. No i pełno w tym samolocie ludzi siedzi, ale głównie, to oni raczej śpią, bo jest noc. No i tak lecą, i lecą sobie, nawet się nie spodziewają chociaż trochę niczego złego, aż tu nagle taka niewidoma dziewczynka zaczyna krzyczeć, że zamiast jej cioci na fotelu siedzi peruka! No i słuchajcie, wychodzi zaraz, że w samolocie zostało tylko dajmy na to z 10 osób, a reszta sobie gdzieś wsiąkła, sama nie wie gdzie, i zostawiła na fotelach tylko zegarki, książki, albo nawet plomby i rozruszniki serca! Ci, co zostali zaczynają więc się bać, bo też dochodzi do tego wszystkiego, że lecą nad miastami, a tam kompletnie ciemno, a przez radio trzeszczy tylko głucha cisza, jakby na dole żyły dinozaury, albo zupełnie nikt, a nie zwykli ludzie! Bardzo boją się wylądować dlatego.

No, ale w końcu muszą zlądować, bo przecież paliwo z powietrza się nie bierze, i zawsze wreszcie się kończy, jak chociażby każdy film, który ktoś kiedyś nakręcił. No i wychodzą z samolotu, a tam kurde na ziemi nikogo! I w ogóle same dziwności, bo nigdzie nie ma prądu, albo każde jedzenie jest bez smaku, i nie ma zapachów, ani nawet echa! I teraz muszą oni zacząć porządnie myśleć, co się właściwie stało do diaska i gdzie oni są? A to dopiero początek filmu, co go polecam, nawet jeśli jest z efektami specjalnymi trochę starymi i tanimi, albo, że w ogóle czasami jest jakoś tak tanio z wyglądem wszystkiego.

A na samym końcu filmu jest tak, że ja bardzo chciałem potem lecieć do Los Angeles na lotnisko, albo do Hollywood od razu najlepiej. Tylko musiałem iść w następny dzień do szkoły w poniedziałek na lekcję, o jakichś nudnych "Krzyżakach", co ich nawet nie przeczytałem, tylko film oglądnąłem, też nudny. Ale dobrze, że się skończył, jak to paliwo. No i "Langoliery" mnie zrobił wtedy takiego, że to lotnisko z końca filmu, to aż do teraz mam je bardzo mocno w mojej głowie. I tak sobie myślę często i powtarzam, że chyba powinienem w końcu na nie polecieć...

To teraz ja podziękuję aż trzem paniom, które w wypożyczalni pod moim blokiem pracowały, i mi nawet czasami za dara dawały filmy. Niestety za "Langoliery", to musiałem zapłacić. No, ale co z tego, przecież każdy wie, że pieniądze nie gęsi, i je trzeba zarabiać. Czyli, że dziękuję trzem paniom z mojej wypożyczanli kaset video! 

Foty wziąłem z: g-pop.net, forum.cinefacts.de, impdb.org, guestofaguest.com, listal.com, bayimages.net

poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Nietykalni *

Chciałbym teraz tutaj przedstawić Państwu mój wkurzony głos, że dzieją się stuknięte rzeczy i nikt jakoś teraz nagle tego nie zauważa. Ani nawet nic! Rozchodzi mi się o to, że od półtorej roku mam w zwyczaju często zauważać, że kino zrobiło się z taką jedną tendencją. I jest ona o powtarzaniu tytułów, jak ktoś kiedyś zrobił dobry film kinowy o wielu później fanach, np. kultowy, to ktoś teraz to wykorzystuje, czyli że da taki sam tytuł i uważa, że omami wielu ludzi miłośników kina. A właśnie, że nie, bo to się powoli kończy z tą tendencją, gdyż ludzie już nie są wcale tacy głupi. Po prostu nie są.

Bardzo mądry reżyser, wykształcony i utalentowany Brian de Palma zrobił film kinowy "Nietykalni" o takiej mafii, z taką sławną sceną, że różni ludzie biegną schodami jak jeden mąż, i małe dziecko niemowlęce w wózku też. Albo, że Robert de Niro siedzi przy stole z obradami o mafii, i nagle wstaje i ni z gruszki, ni z pietruszki morduje przyjaciela od serca, jak jakiś walnięty filip z konopii! No, ale to był wspaniały film, o wspaniałych tych dwóch chociażby scenach, co je tu wymieniłem! Tylko, że przyleźli Francuzi i im za mało, że mają już wszystkie Oskary za "Artystę", to muszą jeszcze widzów skraść innym filmom, że niby zrobili film "Nietykalni" Briana de Palmy. Tylko, że jak byłem w kinie, to ludzie normalnie nie dali mi oglądać, tylko się mnie pytali co chwila, że gdzie jest Robert de Niro i wózek? A potem wychodzili z kina, że już nigdy żadnych "Nietykalnych" nie obejrzą.

Albo, że teraz wchodzi do kin "Lęk wysokości", polski film. I jak rozmawiam np. w windzie lub w metrze z każdym, to mi zawsze mówi, że znowu tę strasznie śmieszną komedię o Hitchcocku dają w kinach, to trzeba iść, żeby się załapać, bo pewnie pełno ludzi. A ja ciekaw jestem, co na to Mel Brooks powie? Hę? Jak się przekona, że to nie jego film jednak, tylko polski, i bodajże nie śmieszny! To jest dopiero tak być nie może! To nie jest coś małego, jakaś pestka z masłem, tym się trzeba nareszcie zająć i wziąć za to! Albo znowu "Piraci!" lecą. Jacy piraci, ja się pytam?! Jacy?! "Piraci" już byli, i to samego Polańskiego, nie jakaś tam bajka, tylko poważny film ze swadą oraz przemyślany do cna. Złodzieje widzów, tyle Wam powiem.

Dlatego tak być nie może i ogłaszam moje: NIE! Wyrazów jest tyle na świecie, że na wszystkie tytuły do wszystkich filmów wystarczy i to nawet na bardzo długie, jak: "Nieustraszeni pogromcy wampirów, czyli przepraszam, ale pańskie zęby tkwią w mojej szyi". Polański chciał? Chciał. Trzeba mieć tylko trochę inteligencji i, że się chce poszperać w słowniku jakiegoś języka, a nie tylko w Necie.

Dlatego oceniam w tym filmie dźwięk na zero gwiazdek. Nic nie było słychać. Nic! 

a zdjęcia wziąłem ze stron: sporttvp.pl, polskalokalna.pl, drewno.pl, fakt.pl

środa, 18 kwietnia 2012
City Island ***

Nie rozumiem aktora Andy Garcia. A mam chociażby zrobione różne kursy o pisaniu recenzji i w ogóle przecież chyba nie wypadłem jakiejś klaczy spod siodła. Czyli, coś musi być z nim dziwnego. Bo jak by nie było, widziałem go już w całkiem niezłej liczbie różnych filmów. Sięgnąłem pamięcią i to już przecież jak byłem mały z babcią na wczasach w Krynicy Morskiej w 1990, to wiedziałem, że teraz panuje na świecie "Ojciec Chrzestny III", mówili przy ognisku z przyczepy obok tacy rudzi, że się nie mogą doczekać, jak będzie kiedyś Internet, to sobie ściągną. Albo potem, jak już miałem okres dojrzewania, to wiedziałem, że w kinach jest taki film pt. "Kiedy mężczyzna kocha kobietę", o tym, że jeden mężczyzna kocha kobietę, a ona topi przerażające smutki w alkoholu i upada pod prysznicem. O, uśmiecham się teraz, bo ja już wtedy umiałem zrobić nawiązanie do "Psychozy" Hitchcocka, że alkohol we krwi tej kobiety pod prysznicem, to był taki jakby nóż, co ją zabił. Ale ona przeżyła, bo to była Meg Ryan.

Albo późnej w tym całym "Ocean's Eleven", to przecież jaki film? Taki do oglądania dla lekkości, jak ktoś ma jakiś problem o emeryturze albo zgubił portfel, to całą pewnością go może obejrzeć. Jest George Clooney i Julia Roberts, a to znaczy, że piękni i zdolni aktorzy, których bym chciał, żeby zostali parą prezydencką w USA, to jakby przyjechali do Polski, to bym wtedy upiekł chrupiący chlebek i nim ich przywitał razem z solą z Wieliczki, i powiedziałbym Julii Roberts, żeby się nie martwiła, że przecież wcale nie śmieje się tak szeroko, jak żaba, jak wszędzie piszą głupi dziennikarze paparazzi sami brzydcy jak brzoza. I wtedy oni by znieśli wizy.

No i zobaczcie sami, ile to filmów, całe mnóstwo, a i wiele innych też już było, nie myślcie sobie, w których grał Andy Garcia. Ale ja mimo to wszystko nigdy nie mogłem go zapamiętać. Nawet jeden mały raz! Czaicie czaczę?! Jakiś taki mi się wydawał, jakby nie on albo ktoś zupełnie inny. I teraz dopiero przy filmie "City Island" mi się nareszcie silnie wrył do mojej czaszki pod sam mózg. Taki jest on w nim, że aż moja ciocia mówi, a ona ogląda tylko gazety, że jego tego Andiego, to ona by mogła łyżkami jeść, albo najlepiej, to by nalała go sobie do wanny i się w nim wykąpała.

A muzykę opiewam w tym filmie "City Island" na miliard miliardów gwiazdek, bo ją napisał Jan A.P. Kaczmarek, taki kompozytor. 

a zdjęcia wziąłem ze strony http://www.stevecarter.com/albumcovers.htm 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Wyspa skazańców ***

No i widziałem tę całą "Wyspę skazańców". Jest to film kinowy z kraju Norwegia o dużej ilości śniegu i w ogóle zimna oraz ryb. Te właśnie rzeczy głównie najbardziej widać na filmie. Ja to w ogóle uważam, że raczej potrafiłbym mieszkać w Norwegii, ale to bardziej na dole, tam gdzie jest Oslo - takie miasto. Pojawia się w nim często lato, a temperatury są wtedy takie, jak u nas na Mazurach w wakacje. W Szwecji z kolei to bardzo wieje, czyli, że tam nie pragnąłbym już mieszkać. Jednak najbardziej bym się wyprowadził w kilka zupełnie innych miejsc, jakich się nie spodziewacie i nie macie o nich najmniejszego pojęcia.

Pierwsze gdzie bym się wyprowadził, to na pewno na magiczną wyspę z "Lostów", to bym zobaczył, kto do diaska ruszał tymi krzakami! Tyle odcinków obejrzałem, wszystkie w sumie, a oni co? Co, się pytam?! Oni przez pierwsze dwadzieścia to ok, mocno obserwowali ruszenia krzaków. No ale potem nie zrobili już żadnego dociekania, kto przecież nimi ruszał! Bo chyba nie ten nienormalny dym? Ciekawe, po co by ruszał jakimiś krzakami? Tak, o? Ot, tak? Jak ja byłbym dymem, to nie marnowałbym czasu na krzaki, tylko bym hasał i tam, i siam, jak ten głupi. I przede wszystkim wysoko, że bym widział niebo z lotu ptaka.

Drugie, to bym zrobił, że bym się wyprowadził na wyspę więzienną Alcatraz i zobaczył na moje własne oczy, poszukał tajemnych śladów i tropów, czy Clint Eastwood uciekł z więzienia, czy się utopił prosto w krwiożercze rekiny. To taka mocna tajemnica, jak w sumie ruszenia krzaków w "Lostach", tylko starsza i z Clintem Eastwoodem, czyli nie taka znowu wesoła.

A trzecie, to bym zrobił wyprowadzkę do przeszłości i wsiadłbym na Tytanika i powiedział Rose i Jackowi, żeby się broń Boże nie zakochiwali nawzajem, bo będzie historyczny, tragiczny wypadek niedługo i Jack zginie z zamrożenia, a Rose będzie dłuuugo żyła w marnacji i starości do końca życia, czyli do teraz i jej serce zostanie też zarmożone... Albo nie! Już wiem!!! Po prostu bym wyrzucił w nocy do oceanu pijanego, ślepego kapitana Smitha, co miał potężną winę, że zderzył statek z wielką jak arbuz górą lodową, że nawet głupi krzak by ją zauważył  i popłynąłbym przechwyconym Tytanikiem na wyspę. Najlepiej jakąś ciepłą z kokosami, żeby pasażerowie zamiast utonąć w zimnie i szronie, mogli żyć do końca w ciepełku i sypać sobie złoty piasek do pępków.

Takie bym rzeczy zrobił o różnych wyspach. Ale nie mogę Wam więcej powiedzieć niczego o "Wyspie skazańców", o czym na przykład jest ten film, bo tam wszystko się dzieje szybko i różne niespodzianki wychodzą jak błyskawice, a ja przecież nie chcę robić sporlejrów. Po prostu nie chcę, i nie będę. Nie będę!

 

Oczywiście dźwięk w tym filmie kinowym jest całkiem normalny. Opiewam go na jakieś 2-3 gwiazdki: **/***

 

a zdjęcia wziąłem z: luxedb.com, onebigphoto.com, wallpaperhi.com 

 

piątek, 13 kwietnia 2012
prywatnie

Strasznie mało ostatnio tutaj piszę srecenzji. Przepraszam. Bo ostatnio, to zrobiłem tak, że sobie głośno powiedziałem, że jeden dzień nie obejrzę ani jednego filmu. Bo wszyscy powiedzieli, że za dużo oglądam. No i się udało. To potem drugi dzień też sobie mówię, a nie obejrzę, a co?! I też się udało. No i tak mi się to spodobało, że chyba połknąłem daktyla z tym nieoglądaniem, bo wytrzymałem już prawie miesiąc!

Ale to też nie do końca prawda, to nie jest jakieś moje zgłupiałe widzimisię, bo też robię teraz różne rzeczy, wiele przedsięwzięć codziennie, nie tylko ciekawych. Również w niedziely i soboty je robię, albo w Święta.

Poza tym zobaczyłem nagle, że chyba dysponuję jednym okiem mniejszym, a drugim większym. Tak czuję, ale w sumie nie do końca, że trudniej mi się powiekę z tym okiem większym zamyka. Wszyscy mówią, że mam tak od samego urodzenia, i teraz przez te głupie filmy, że patrzę na nie za dużo, to mi się różne rzeczy wydają. Kiedyś, jak byłem mały, to kupiłem sobie gazetę "Bravo", taką dla dzieci. I tam były listy od tych co mieli problemy, i jeden list był, że chłopak miał jedno jądro wyżej, a drugie niżej. A pani mu napisała, że wszyscy tak mają, żeby sobie zobaczył. To może też mam tak z moim okiem, którym dysponuję od urzodzenia?

A może to większe oko jest normalne, tylko mniejsze zmalało?! Też w sumie czuję czasami, że ta powieka od mniejszego jakby za łatwo się zamyka...

No i jeszcze zacząłem się uczyć chińskiego, bo uważam, że bardzo chcę być kiedyś srecenzentem po chińsku, i że mi się to opłaci, bo nikt nie mówi po chińsku, tylko Chińczycy. Będę Wam pisać różne kreseczki o filmach. I blog nazwę wtedy "Sreseczki o filmach".

Więc to te wszystkie u góry powody tak zrobiły, że była przerwa na blogu. 

Ale już w ten weekend obejrzę sobie "Czarny ocean", albo "Wyspę skazańców". I na "Titanica 3d" też pójdę, ale to jak ktoś mnie zaprosi.

Do widzenia. 

poniedziałek, 19 marca 2012
Big Love **

No jednak nie mogę tak zrobić, że nabiorę jakiejś ryby w usta i nic nie napiszę o „Big Love”, że tak się zrobiło strasznie głośno i mnie to nie tyka. Bo tyka! Dlatego sobie tak zaplanowałem ostatnio, jak pływałem w basenie, że wyzwę na pojedynkowanie się samego Wolfganga Petersena. I to z włączonymi przynajmniej trzema kamerami! Więc sobie go wyzwę za to, że jak byłem mały, to poszedłem z babcią do kina pierwszy raz w życiu, i to był jego film kinowy: „Niekończąca się opowieść”. Widzę to kompletnie jak dziś, że siedziałem w pierwszym rzędzie, a moja babcia z tyłu bardziej, bo nie mogła podnosić głowy, że ją tak sporo zadzierać ku górze. Teraz już może, bo miała całe mnóstwo rehabilitacji na kręgosłup i przepuklina jądra miażdżystego się wsiąkła. Lekarze sami w sumie nie wiedzą, gdzie. Ale to moja babcia, co potrafi niejedną taką rzecz.

No i w tej całej „Niekończącej się opowieści” jest scena, jak mały Kevin jedzie sam z koniem przez straszliwe bagna i one zaczynają go wciągać. Konia! I ciągną i ciągną z całych sił, a Kevin krzyczy bardzo głośno i również smutno: „O nie! Nie toń Ty mój koniu! Słyszysz?!”. I ja tak wtedy zacząłem płakać głośno, a im bardziej konia wciągały krwiożercze bagna, to ja coraz to głośniej z Kevinem krzyczałem: „Nie, koniu Kevina! Nie!”. I musieli mnie z kina po prostu wywalić, bo inni nie mogli nic oglądać i usłyszeć. Ale nie tak mnie wywalili, że mnie wzięli i wyrzucili, bo byłem mały w końcu.

I teraz będzie najgorsze. Mam aż do tej pory dokładnie tak, że jak widzę jakiegoś konia, chociażby konia karzełka, takiego kucyka, to od razu chcę go z całych sił ratować. Nawet jak jest na jakimś obrazie w muzeum. A z kolei jak widzę bagna, albo jak pływam w basenie nawet nieraz, to płacze, bo wydaje mi się, że jestem tym koniem i tonę teraz. Raz pojechałem na rower do Puszczy Kampinoskiej z bagnami, to płakałem. Do drzewnej kory się przytuliłem. Ale tylko trochę płakałem, bo to w końcu małe bagna. Jak karzełek kucyk. Jednak to dobrze, że nie mieszkam na przykład na zabagnionej do cna Florydzie. Ale gdybym tam się wyprowadził później, jak planuje na starość, to pewnie już bym nie mógł, i dawno bym wyzwał w pojedynek Wolfganga Petersena ze swoim filmem, że mi zrobił tyle smutku do teraz aż. Niech się on ma więc na baczności na wszelki wypadek, dobrze mu radzę. Słyszysz, Wolfgangu?! Hörst Du mich Herr Wolfgang?!

Ale i tak opiewam ten film „Niekończąca się opowieść”, na cztery gwiazdki: ****. Tak samo opiewam inne filmy o zwierzętach jak byłem mały, czyli „Willow”, że czarodziejka to łasica, a potem kruk, a potem koza. „Sok z żuka”, że biedną muchę zjada cmentarny potwór. No i „Naga broń”, że ładny boberek. Że to po prostu są cztery filmy, które mnie wychowały. Takie moje cztery przyszywane mamy. Jestem teraz trochę, jak one wszystkie na raz. Dziękuję Wam, moje filmy-mamy, co mnie też wychowały!

 a zdjęcia wziąłem z: futuregamez.net, alicia-logic.com, lindastupart.com, kiasoulforums.com



środa, 14 marca 2012
Podwójne życie Weroniki - ale o co chodzi?

Barbara Streisand, co mnie często i gęsto komentuje, to poprosiła, żebym jej tu zesrecenzował bardzo trudny film pt. "Podwójne życie Weroniki". Ja to już sam w sumie nie wiem, bo oglądnąłem go tyle razy, i sam w sumie nie wiem, o co w tym filmie reżyserowi się rozchodzi. No bo tak, "Dekalog" to już wiem, że chodzi o dziesięć rzeczy, co były związanych dla ludzi w PRL-u z życiem prywatnym, ale ich nie mieli, bo rządziła bieda. Czyli, że jedynka, to o dzieciach, co są biedne, bo nie mają normalnych po ludzku lodowisk. A mogłyby się okazać wielkimi łyżwiarzami? Po prostu na pewno mogłyby. Ale nie, bo nienormalni komuniści woleli zbudować Pałac Kultury, zamiast paru nawet głupich lodowisk z normalnej wody z kranu.

A że piątka, to o tym, że taksówkarze powinni mieć przecież broń do bronienia, jakiś pistolet chociaż. A nie mieli, bo głupi komuniści woleli za to zbudować Pałac Kultury! I to sami nie wiedzieć już chyba po co. No, a że dajmy na to szóstka, to że jak to jest sobie żyć ciężko z braku pornusów, że trzeba podglądać tam kogoś ciągle, bo komuniści zamiast chociaż dać ludziom kilka zdjęć zwykłych pochew, i to niech na te ich kartki nawet, to woleli zbudować Pałac Kultury! Aż się normalnie we mnie krew przelewa! Gdybym ja wtedy żył, to bym im ten Pałac Kultury pomalował w wielkie szlaczki! Srali muchy, będzie wiosna, obiecali metro i co? I nie było. Dopiero teraz jest, jak je zbudowali w końcu.

Potem z następnej w kolei są "Trzy kolory", i tutaj były różne: "Niebieski", "Czerwony" i "Zielony" chyba. I tak aż w jakąś głowę zachodziłem coś koło roku, o co z tymi kolorami chodziło. No i potem, jak to już dawno po śmierci Kieślowskiego, co on umarł, to się okazało, że przecież nie, to nie o jakieś kolory chodziło przecież! Haha! Tylko o to, że za każdym razem różne główne aktorki, ale zawsze z Francji jednak, ale różne, i operatorzy różni, scenariusz też zawsze inny, czyli że kolory w tytułach też musiały być po prostu inne! Pfff... Prościzna, wystarczy trochę pomyśleć.

No i w końcu ten cały "Podwójne życie Weroniki". To teraz leci taki serial na Zone Romantica "Podwójne życie Angeliki". On jest o kobiecie, co miała męża z wielkiej miłości, i on zmarł przez zatopienie. A ona tak płakała. Tak bardzo... Aż sami nie wiecie, jak bardzo. Ale potem znowu znalazła innego męża, i to też z wielkiej miłości, to wzięli ślub. A tu nagle ten pierwszy się znalazł, że jednak żyje wyszło! I teraz ona ma dwóch mężów naraz, i to zupełnie różnych. Ale to różnych aż tak, że jeden ma np. wąsy, a drugi nie! Jak sobie już pewnie myślicie, teraz ona sama nie wie, co ma z nimi zrobić. Ale co w końcu zrobi, to będzie w najdalszym odcinku. I tam chyba będzie tkwił magiczny klucz do wielkiej, tajemnej zagadki filmu "Podwójne życie Weroniki", co nam ją zostawił Krzysztof Kieślowski, droga Pani Barbaro Streisand. 

 

a zdjęcia wziąłem z: nfidel.salon24.pl, http://telenowele-tv.bloog.pl 

piątek, 09 marca 2012
"Wstyd" ****

Ja to w ogóle lubię filmy, że się ludzie w nich rozbierają aż do samych nagich członków i pochew. Bo takie to właśnie filmy są po ludzku prawdziwe. Tylko, że właśnie obecnie brzmi wielka dyskusja o "Wstydzie", że zupełnie zdolny i porządnie wykształcony aktor pokazuje tam z dużą wielokrotnością członka, którego posiada. I jest on, ten członek, zupełnie rzadki na świecie, co nawet sam George Clooney powiedział na Złotych Globach, że Michael Fassbender to powinien grać w golfa raczej, bo tam dobrzy golfiarze mają przeważnie takie właśnie jak on, rzadkie członki. Głupek. Kompletnie tego nie umiem zrozumieć, że zamiast mówić coś ważnego jak już ma ten mikrofon, to twierdzi coś takiego. I jeszcze dodatkowo wszyscy za nim to powtarzają, jak jacyś nienormalni.

A przecież każdy choć co ma trochę inteligiencji, to wie, że aktor i aktorka to są też ludzie i mają jak wszyscy na świecie głowę albo sutki albo żołądek. No to członki i pochwy też mają i je po prostu po ludzku posiadają, nie?! A co, nie mogą? Mogą, i od tego są aktorami, żeby je pokazywać, bo wtedy jest normalnie, bo prawdziwie i po ludzku. A nie, że ktoś się rozbiera jakaś tam dajmy na to Julia Roberts i kamera od razu do góry, albo na dół, albo dookoła i tam i siam i sram, byle tylko nie pokazać pochwy, jakby Julia Roberts jej nie miała. A właśnie, że ma! Albo, że cały film leci np. "Cube" i nikt tam nie idzie siku albo kupę! To co oni z tym robią, ja się teraz pytam? Hę? Wypotowują? Albo w "Oczy szeroko zamknięte" to Kubrick ponakręcał wszystko ładnie pięknie, że na wierzchu widać pochwy i członki, ale nie, potem jak zmarł, to głupi producenci musieli podorabiać komputerami jakieś wazony, żeby pozasłaniać zwykłe jak by nie było ciała. Nieprawdziwe wszystko, nieprawdziwe. Dlatego z filmem kinowym "Wstyd" ja się cieszę, bo to i dobry film, i prawdziwy z nagością na wierzchu, i ma piękne zdjęcia, i jest on dla mnie po prostu jak ryba w wodzie. Mam teraz nadzieję, że aktorzy się zaczną porządnie rozbierać w końcu, a nie tylko ruchać poduszki jak w "Kac Wawa".

A w ogóle, to dźwięk w tym filmie oceniam na maksymalnie aż 4 gwiazdki, bo było wyraźnie słychać wszystkie mokre odgłosy i piękną piosenkę o Nowym Jorku.

A zdjęcia Kate Winslet, Ewana McGregora i Julianne Moore to musiałem pozasłaniać im pochwy i członki, bo by mi zablokowali, że dla dorosłych. Ehh.. To one są z: http://www.cracked.com/funny-6195-drugs-in-movies/, chud.com, m.bt.dk