luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
środa, 10 kwietnia 2013
Martwe Zło ****

Człowiek jest bardzo w środku skomplikowany. Ma wiele różnych pożytecznych narządów, które są dokładnie poukładane tak, jak mają być poukładane. Ale kiedy tylko coś się pozamienia, to już może nie być tak wesoło. Jednak, dla przeciętnego zjadacza śledzia, nie jest to wcale takie, że on o tym wie. Bo o tym, co ma się w środku, ludzie myślą tylko, jak są chorzy. Chociaż w sumie jak się dajmy na to przewrócimy na grabie albo potłuczone butelki, to wtedy też coś tam nam zaświta, że mamy w brzuchu nie tylko ziemniaki i wątróbkę, co je zjedliśmy na obiad, ale wątrobę z prawdziwego zdarzenia, która ciężko pracuje na nasze życie. Na szczęście dawno już temu odkryto kino, że można teraz obejrzeć w nim pożyteczny film i dowiedzieć się, co nam tam w brzuchu gra. Tak było kiedyś np. z filmami kinowymi pt. "Piły 1-6", że każdy, i młody, i stary, i chory, i zdrowy, i niedowiarek mógł się przekonać, jak wyglądają jelita, serce, mózg czy jądro męskie albo żeńskie, czyli dokładnie dowiedzieć się, jakie jest nasze ciało w środku i z czym się po prostu to wszystko je. To było jednak dawno i nieprawda. Bo teraz nastał film kinowy pt. "Martwe zło".

"Martwych zeł" było już całe mnóstwo, czyli aż 3. Wszystkie stały się sławne, i nie ma na świecie żadnego inteligentnego człowieka, który się kiedyś o te filmy jakoś nie otarł. A jeśli jest, to znaczy, że raczej z wykształceniem i inteligencją u niego kiepściutko, oj źle. Dlatego, jeżeli jeszcze nie otarłeś się o któryś ten film, to radzę Tobie nikomu nic, a nic nie mówić, tylko szybko się po cichu otrzeć. Także tego, głowa do góry, rachu-ciachu i będzie cacy. A teraz uważajcie, bo mam dobrą wiadomość. Uważacie? No więc w kinach jest "Martwe zło", ale kompletnie nowe! I nie jest to, jak ostatnio nowy Freddy Kruger, że nudny jak flaki z olejem, tylko porządne i z rozmysłem. Po prostu nowe, ale jare, jak stare! Dziwne, prawda? Nie od dziś jest przecież tajemnicą pandory, że filmy sprzed wielu lat są teraz dla reżyserów niestety za dobre, żeby nowe mogli zrobić lepsze, albo chociaż identyczne. Ewentualnie "Bambi 2" była lepsza od jedynki.

Ale z filmem kinowym "Martwe zło" jest dokładnie odwrotnie. Jest on chlubną przeciwnością, że nowe jest gorsze. Ale bowiem w nowym "Martwym źle" mamy wszystko to, co się chce, jak się lubi horrory. Ale nie jakieś głupie horrory, tylko normalne. Z mądrym pomyślunkiem. Takim, że na przykład różne krwawe rzeczy tryskają na ludzi i meble, biegają różne krwawe duchy leśne i krwawa krew sika flakami na sufity i płoty. Sikają również krwawe rzygi z buzi, a potem chcą żywcem zarżnąć każdego, kto ucieka, ciągnąc za sobą jelita. Taki to jest właśnie film kinowy, który po prostu warto poznać, mieć swoje zdanie i zwyczajnie w świecie dowiedzieć się, z czym się go po prostu je. Uważam również, że polubiłem ten film i zrobiłem sobie o nim opinię, że wcale mu niedaleko do starych filmów o "Martwym złu". Bo jest mu blisko. Zupełnie blisko. Tak blisko, jak duchy w nocy o północy w Waszym domu, kiedy smacznie sobie śpicie i że mogą nagle te duchy wysikać się krwią z kontaktu i zatopić we flakach Wasz pokój. Wasz dom. Wasz cały świat.

 

A zdjęcia wziąłem z Internetu.

wtorek, 02 kwietnia 2013
Wyśnione miłości *

Dzień dobry. Dzisiaj napiszę srecenzję trochę inną, niż zawsze, gdyż będzie ona, że ma wzbudzić dużo kontrowersji. Zrobię ją o filmie kinowym trochę już starym, ale to nic. Jego tytuł jest taki: "Wyśnione miłości". Zrobił go reżyser, który z grubsza jest jeszcze bardzo młody, Xavier Dolan, z datą urodzenia w 1989 roku. Jest też niski, ma 168 cm wzrostu, czyli już w ogóle. Czyli jednym słowem: taki młody i mały, a dostał już za swoje filmy kinowe tyle nagród i ciężką masę sławy! Poza tym jest od dawien dawna na języku prawie każdego człowieka. Nawet tego, co nie wie jakoś mocno, o co chodzi w kinie. Czyli, że można? Można! A u nas tacy starzy i mądrzy, Jerzy Hoffman albo Jerzy Kawalerowicz, co już nie żyje w sumie. Tyle filmów kiedyś nakręcili, że głowa mała, do Oscarów ich zanominowali aż! A ostatnie, co je zrobili "Quo Vadis" i "1920 Bitwa Warszawska"? Widzieliście? Ja widziałem. I wiecie, co? Pfff... Pies z kulawym koniem by się uśmiali po pachy. Wstyd! No, ale trudno, nie od razu wszystko na raz będziemy mieć.

"Wyśnione miłości" jest to film o wielu kontrowersjach, gdyż można w nim znaleźć różne takie rzeczy z miłością shomoseksualizowaną. Pewna dziewczyna z ciemnymi długimi włosami zakochuje w takim jednym z lokami blond. A że to tylko film, to ten taki jeden też się w niej zakochuje. No i też porządnie zaczyna lubić jej przyjaciela z brązowymi włosami. Lubić jak po prostu dobrego kolegę. Tylko że ten przyjaciel, to chciałby, żeby oni się razem jakoś tak bliżej, że dotykali, albo jakoś tak całowali mocno, ale nie jak koledzy. No, i tak. I tutaj jest właśnie ta kontrowersja, co w zeszłych dniach jest jej wszędzie pełno, a to tu, a to tam, i każdy coś tam sobie krzyczy, sam nie wie, co. A potem się tylko dziwi i dziwi, że ma chrypę. I dziwi. Ja na przykład w tę zimę nie miałem chrypy. W ogóle nie byłem chory. Taki napój wymyśliłem zdrowotny, że idę i kupuję imbir, a następnie obieram go i mieszam z wrzątkiem, a potem piję z cytryną. Polecam!

Odkryłem, i to samemu, w tym filmie kinowym "Wyśnione miłości" takie coś, co mi się w ogóle nie podoba. Że reżyser robi zwolnione tempo, jak nieraz jakaś aktorka, albo aktor idą korytarzem, albo ulicą czy tam gdzieś, nie wiem. Takie samo coś Xavier Dolan też miał w poprzednim swoim filmie kinowym pt. "Zabiłem swoją matkę.". No i tak idzie przykładowa aktorka, wolno idzie, twarzy jej w ogóle nie widać, tylko włosy z tyłu głowy, albo pupa na boki się kiwa i kiwa i do tego jest taka muzyka specjalna, że to wszystko razem, to w sumie jest bardzo, ale to bardzo zgapione ze "Spragnionych miłości" albo "2046". Tam ciągle przecież aktorki i aktorzy tak chodzili. Pierwsi! Się pytam więc, czy ten cały Xavier Dolan sobie myśli, że jak jest mały, to mu wszystko wolno? Że my tego nie odkryjemy? Że nie widzieliśmy tych filmów w Polsce, bo co? Bo tu nie dochodzą? Panie Xavierze, nieładnie tak zgapiać. Dlatego za karę tylko jedna gwiazdka! A byłyby ze trzy dajmy na to.

A zdjęcia wziąłem z Internetu.

niedziela, 17 marca 2013
Oz wielki i potężny ***

Co by tu napisać? Film kinowy pt. "Oz wielki i potężny" jest filmem zrobionym za porządne pieniądze. Ma wiele bardzo różnych kolorów i efektów specjalnych, że głowa mała. I kolory zielone są, i czerwone, i jakie tylko kolory na tym naszym świecie mamy. Jak oglądałem ten film, to w wolnych chwilach myślałem sobie, że chyba nie ma koloru, na który bym nie mógł sobie wygodnie, bo w wygodnym fotelu w kinie, popatrzeć. Bardzo zauważalne są również efekty specjalne, różne krople spadają na przykład aż tak, że prosto na nas, bo to 3D. A jak się tak porządnie zastanowić, to od razu przychodzi nam do głowy pomysł, że i aktorzy grają niczego sobie, tak że powstydzić się za nich jest w tym przypadku zupełnie niepotrzebnie. Dlatego nie róbmy tego, bo szkoda naszego cennego czasu. W końcu nie młodniejemy.

A teraz chciałbym zaprosić Was na temat o szeleszczeniu w kinie. Bo normalnie już tak nie wydolę ani krzty dłużej. Te całe multikina, to ja wiem, że bez popcornu i Coli jest nieładnie tam wchodzić. Ja na przykład wchodzę tam zawsze ładnie. Popcorn jest raczej ciałem miękkim i nie dudni, jak się go rozgryza. Ale te całe meksykańskie czipsy, no ludzie, dajcie żyć! Albo umoczcie takiego przykładowego czipsa w sosie, rozklepcie go dokładnie i poczekajcie, aż sos wsiąknie i czipsa rozmięknie. Wtedy dudnić już nie będzie. Każdy film jest generalnie długi, czyli możecie spokojnie na rozmięknięcia czekać i zjeść nawet z osiemdziesiąt cztery takich przykładowych czipsów. A jak już preferujecie, że wolicie jeść suche, to poczekajcie, aż coś wybuchnie na filmie, albo aktor porządnie krzyknie i dopiero gryźcie. Jak tak zrobicie, to nikomu nie będziecie przeszkadzać, pojecie sobie dobrze i będzie wilk i cała owca. Trochę pomyślunku albo inteligencji i da się.

Albo to całe śmianie się na głos, że nie słychać, co mówią. Przecież prawdą rzecz biorąc, 84 % tych rzeczy w filmie, że tak niby śmieszą, to przecież absolutnie nie są do śmiania się w głos, tylko bardziej do śmiania się w środku, a na twarzy tylko trochę uśmiechają nas one. Czyż nie? Albo, że ludzie kaszlą ciągle. Raz, jak byłem na jakimś polskim filmie kinowym, to z nudów zacząłem liczyć, kto ile razy kaszlnął. I wiecie, ile razy? Wszyscy razem zakasłali 840 razy! Słuchajcie, albo jesteśmy chorzy, albo zdrowi. Innej możliwości nie ma. I albo przychodzimy do kina kaszleć, albo oglądać film. Trzeba się zdecydować. Do widzenia!

Natomiast zdjęcia do srecenzji wziąłem z Internetu.

sobota, 09 marca 2013
Filmy, które mnie zrobiły: Sok z żuka ****

Do diaska! Bo ostatnio, to nie ma na co iść do kina, więc wziąłem powrót do serii o filmach, które mnie zrobiły. W sumie, to już oglądnąłem dzisiaj ten cały film kinowy "Mistrz", ale świta mi, że żeby coś mądrego tutaj o nim napisać, to trzeba by chyba mieć jakieś wtyczki u reżysera. A ja nie mam u niego żadnej, nawet małej czy popsutej. Widziałem tylko kiedyś Philipa Seymoura Hoffmana na Hali Mirowskiej, ale to chyba za mało. O, to od razu napiszę Wam, jakich innych sławnych na cały świat aktorów i reżyserów widziałem, których i Ty i Ty i każdy inteligenty człowiek chciałby z raz chociaż zobaczyć. Albo dwa. A więc, ze świata filmu kinowego widziałem takich to, a takich ludzi:

- Rutgera Hauera (zauważyłem, że ma nogi krzywe, jakby od konia)

- Gerarda Depardieu (zauważyłem, że jest niższy, niż wygląda)

- Michaela Yorka (nic ciekawego o nim nie zauważyłem)

- Lesława Żurka (zauważyłem go, jak sobie szedł)

- Keanu Reevesa (on też wtedy szedł)

- Davida Lyncha (tutaj, to ten..)

- Barbarę Białowąs (tu też)

- Alana Parkera (zauważyłem go, że nie wiedziałem, że to on)

- Nastassję Kinski (zauważyłem, że nawet na mnie nie spojrzała)

- i Rafała albo Marcina Mroczek.

Ale najbardziej, to chciałbym kiedyś zobaczyć Geenę Davis, najwyższą aktorkę Hollywood na świecie. Nawet z daleka chciałbym ją zobaczyć, że ledwo można ją poznać, iż to ona. Ej, to może już ją widziałem, tylko właśnie z daleka i nie poznałem? Ale by było fajnie. W ogóle jakoś tak fajnie, tyle filmów i gwiazd jest na świecie.

Czyli, więc aktorka ta Geena Davis zagrała kiedyś w filmie kinowym pt. "Sok z żuka". Jest to taki film, że nie znam nigdzie człowieka, co by go oglądnął w kinie. Tylko na videokasecie wszyscy. Mamy w nim brata i siostrę (Geena Davis), czyli Adama i Barbarę, bardzo wesołych i grzecznych, którzy mieszkają bez rodziców w wielkim domu. Wszystko jest cacy, ona sobie cały czas sprząta, a on się para na strychu, aż tu nagle wychodzą ze wszystkich ścian duchy. A właściwie, to cała rodzina duchów, tylko trochę pierdolnięta. I oni wtedy, to rodzeństwo, zakłada pakt, że muszą coś z tymi duchami zrobić porządnego. No, bo jak tak żyć można przecież?! Tylko wychodzi im na jaw, że jednak nic nie zrobią, bo przecież co? Bo przecież ducha nie można dotknąć! Mogą sobie najwyżej podotykać meble albo krzaki albo bułki. I tak myślą, co by tu zrobić i co by tu zrobić, aż wpadają na sprytny pomysł. Idą na most i plum! Czyli skaczą do rzeki, żeby się zabić. I wtedy robią się duchami, tak że nareszcie mogą stoczyć bitwę ze złymi duchami, jak równy z równym. Ale jak to się wszystko skończy, to nie będę sporlejrował, że jak ktoś nie widział filmu, to niech ma go przeze mnie niepopsutego.

"Sok z żuka" ma bardzo ładne przesłanie, które mnie zrobiło, jak byłem mały. I jak się tak porządnie zastanowić, to każdy głupi od razu widzi, że zaczyna ono do nas płynąć szeroką rzeką już od samiuteńkiego tytułu. A jeśli potem dodają nam się do soku i żuka te całe, co są w filmie rzeczy, jak śmierć, rekiny piaseczne, muchy i batony, to wyjdzie nam, że naprawdę warto żyć, nawet jeśli jest się tylko pozagrobowym duchem. Piękne. I ja to już wiedziałem, jak jeszcze byłem mały i do ducha mi było daleko! Dlatego uważam, że warto chodzić do kina i spędzać w nim pożyteczny czas. Bo gdyby nie kino, to byśmy byli zupełnie innymi ludźmi, albo nawet duchami. A że kino nas jakby nie było robi od samego małego, to jest, jak jest. Czyli, dziękujemy Wam, filmy kinowe!

czwartek, 07 lutego 2013
Drogówka ****

Teraz chciałbym, że napiszę o "Drogówce", filmie o nie byle kim, bo o polskich panach policjantach i to chyba dlatego znajduje się on na prawie każdym języku w naszym kraju. Jest to film zupełnie świeży, miał premierę ledwo co, więc jest to, umówmy się, taka świeża bułeczka do schrupania w sam raz. Gra w niej ogromna plejada, w której są aktorzy bardzo, ale to bardzo znani oraz nieznani nigdzie prawie, a jeśli już, to gdzieś daleko, gdzie mieszka tylko babcia pod chatą i jej krowa.

"Drogówka" to film kinowy dla kompletnie wszystkich, albowiem zrobiony jest z momentów i do szerokiego śmiechu, i do mokrych, ale to mokrych łez. Czyli wychodzi na to, że jak obejrzeć ten film bez odpowiedniego pomyślunku, to jest on taki, jak wiele innych polskich filmów. Ale, ale, czekajcie! Bo wiecie, co? "Drogówka" ma takie jedno coś, czego wszystkie inne polskie filmy nie mają. To znaczy, ona jedna ma w sobie wszystko to, co jest w innych wszystkich polskich filmach! Niezłe, nie? To teraz nawymieniam przykładowe te właśnie rzeczy, ale z reguły te główniejsze.

Rzecz 1. - błoto i kałuże - porządne polskie błoto, jak na jakiś florydzkich bagnach i kałuże, dajmy na to na Pradze na podwórku, bardzo głębokie kałuże, z dziećmi w nich, co grają w futbol. 

Rzecz 2. - Warszawa - jeżdżą ciągle po niej panowie policjanci. Widzimy ją prosto z niebieściutkich radiowozów, bardzo znaną i zupełnie nieznaną, że aż nie wiedziałem, że są w naszej Warszawie garaże i mosty, których nigdy nie pokazali w filmach polskich.

Rzecz 3. - przekleństwa, zupełnie wulgarne, nie tylko na litery "k" i "p" albo "ch", ale wiele innych różnych wulgarnych wyrazów, czasem zupełnie nowych, nawet na takie rzadkie litery jak: "dź", "ą", czy "ó".

Rzecz 4. - cycki - jest ich dużo, często gęsto można je sobie dokładnie zobaczyć, czyli jak ktoś ich nie widział jeszcze, to koniecznie niech kupuje bilecik!

Rzecz 5. - Andrzej Grabowski i Marian Dziędziel i Marcin Dorociński i Eryk Lubos i Izabela Kuna - bardzo dobrzy aktorzy, czyli pewnie dlatego można na nich tak często gęsto kupić i tu i tam i siam jakikolwiek bilecik.

Rzecz 6. - pijany poseł - a jaki ma być? Też bym ich tylko pijanych pokazywał, jakby mi kamerę dali.

Rzecz 7. - że aktorzy mówią i mówią, a ja ich nie zawsze rozumiem. Ale odkryłem dzisiaj, dlaczego w filmach polskich tak jest. Dlatego, że nasza kinematografia jest kompletnie biedna! Jak jakaś mokra mysz pod szarą miotłą! Więc kiedy nie wysłyszysz wszystkiego w kinie, to rachu-ciachu i kupujesz drugi raz bilet, żeby zrozumieć lepiej. A wtedy film zarabia nie raz, ale aż dwa razy. A jak ktoś głuchy, to i trzy. I kino polskie robi się coraz większe, większe i po prostu bogatsze, tak że możemy na przykład dać 2 miliony złotówek na "Bitwę pod Wiedniem". Dlatego dźwięk w tym filmie opiewam na milion miliardów gwiazdek. 

Uważam więc, że film kinowy "Drogówka", jest to film, na który zupełnie warto kupić bilecik. Papa!

piątek, 11 stycznia 2013
Sęp ****

Wyraz: SĘP znaczy wiele rzeczy. Ale nie będę pisać o wszystkich, ludzie! To nie encyklopedia, tylko blog o filmach kinowych. Tak więc sępy są to przede wszystkim ptaki, u nas w Polsce absolutnie nieznane. Jednak wystarczy mieć trochę oleju w głowie i pójść do zoo, żeby zobaczyć, jak ten cały ptak wygląda i o jakich jest kolorach. A o jakich jest kolorach? O siwych. Jest to bardzo szary ptak o siwym kolorze, który je zszarzałą padlinę, czyli że sęp to ptak nudny i pospolity jak zwykły siwy zjadacz szarego chleba. I teraz wziął reżyser imię tego ptaka Sępa, że dał na tytuł swojego filmu: "Sęp". Zupełnie tak, jakby chciał powiedzieć: Wiecie widzowie, co? Nie idźcie na ten mój nowy film. On jest taki szary, siwy i nudny jak ten cały ptak. Ja, to tam się w sumie nie znam, jak robić filmy. Ja to tylko jestem dyrektorem teatru. Do widzenia. Ale, że co się okazuje? Że to kłamstwo, taki szczwany myk dla reklamy, bo film nie jest ani siwy, ani szary, tylko kolorowy jak dosłownie nie wiem, co. Jak jakaś rajska papuga!

Tak więc rozpracowałem dla Was tytuł. Czyli, ustaliłem, że jest kolorowo, a to znaczy, że dużo się dzieje. Dajmy na to przykładowo: Michał Żebrowski w "Sępie" sobie idzie i idzie i nagle... stoi. I rachu-ciachu nagle stoi zupełnie gdzie indziej! A potem, i tutaj to aż się można wystraszyć, bo zaczyna stać gdzieś aż tam!!! Muszę Wam się serdecznie przyznać, że nigdy czegoś takiego w polskim kinie nie oglądałem, tylu różnych stań. Bardzo, ale to bardzo mi się one podobają. Wszystkie! Poza tym, również urzekły mnie do cna te całe konie. One te konie z Anną Przybylską są bardzo metaforyczne, i aż strach się przyznać, co myślą Widzowie, jak je ona tak czesze i karmi i cmoka, że mają już iść spać się kłaść. A weźmy jeszcze, że Żebrowski ma kota! Czyli mamy Annę Przybylską, konie i kota. Każdy, kto ma choć trochę inteligencji domyśli się, o co tu chodzi.

Rozważę jeszcze parę rzeczy, że zostałem przez nie urzeczony do absolutnego cna. A więc, żeby Państwa już puścić do tych kin, gdzie "Sęp" leci, to krótką listę pokażę z rzeczami w tym filmie do zwrócenia uwagi na zupełne urzeczenie:

- Stadion Narodowy, taki piękny,

- piękne ulice Warszawy, takie piękne,

- Daniel Olbrychski, nasz najsłynniejszy na świecie kochanek przepięknej Angeliny Jolie i przyjaciel Kirka Douglasa,

-  piękne oczy Michała Żebrowskiego, że jest w nich nieskończoność do patrzenia,

- a pani, co siedziała obok mnie powiedziała, że Żebrowski mówi tak, że mu nie widać zębów, 

- piękne jest w "Sępie" również osiedle z dużym, błyszczącym luksusem, gotowe do zamieszkania przez Ciebie, mnie i wszystkich Polaków. Polecam!

Także sami widzicie, że jest to nie siwy ani szary, ale pełen kolorów film, i to nie dwóch czy trzech kolorów, jak u szarego Kieślowskiego, ale jak u najsłynniejszych malarzy, u Matejki albo Nikifora, wszystkich kolorów pod naszym pięknym Słońcem, co one pod nim sobie istnieją. Do widzenia.

Natomiast dźwięk opiewam w tym filmie pięknie. Tylko czasami, albo czasami często (ale to rzadko) nie można było zrozumieć, co kto mówi. Ale potem to kilka razy powtarzali, więc wszystko cacy.

czwartek, 03 stycznia 2013
Supermarket **

Jest w końcu na naszych polskich ekranach film kinowy polski, który nie jest taki, że musimy się wstydzić go oglądać, i że jak przyjeżdża do nas rodzina z Francji, albo z Niemczech, albo z Ameryki, to że udajemy, że ten film w ogóle nigdzie nie leci, że to lecą tylko filmy francuskie, czy jakieś inne, albo "Popiół i diament". Czyli, że z "Supermarketem" nie jest tak zupełnie źle. A czemu? No właśnie! Postawiłem uważam bardzo mądre i inteligentne pytanie: Czemu z "Supermarketem" nie jest tak zupełnie źle? Temu, że jest to film o jednej bardzo podobnej rzeczy do kilku innych filmów, znanych na całym naszym świecie od sam nie wiem już właściwie kiedy. Ta podobna rzecz nazywa się, że jest mało miejsca i wszyscy są razem. Prawda? Taka to właśnie jest rzecz. To teraz zobaczcie, jak ją zrobili w innych, tak czy siak jednak lepszych filmach.

"12 gniewnych ludzi" - każdy, kto ma choć trochę normalnego oleju w głowie zgodzi się ze mną, że jest to najmądrzejszy przykład filmu z małym miejscem. Trochę czarno-biały, ale to nic, mówię Wam. Także jak nie oglądnąłeś tego filmu, to koniecznie udawaj, że go widziałeś! To wielki wstyd go nie widzieć. Bardzo wielki.

"Budka telefoniczna" - ten z kolei film jest u nas słynny, bo zrobił go były mąż Alicji Bachledy-Curuś. Nie do końca on tu pasuje, bo miejsca, jak się mocno zastanowić, to trochę tam jest, nie, że tylko budka. No, więc właśnie. Ale, że polski mocny akcent, to go tutaj dałem, żeby wszyscy wiedzieli, że Polacy nie są jakieś tam nienormalne gęsi. 

"Obcy" - tutaj z kolei mamy mało miejsca na statku kosmicznym. W sumie można się ze mną kłócić, jak ktoś bardzo chce, że za oknami mają wielki kosmos, to jakie znowuż mało miejsca?! Tak? To bądź taki mądry i wyjdź sobie w ten kosmos na spacerek, to od razu zobaczysz, co się stanie. Od razu! Obcy wyszedł i co się z nim stało? No! Więc jest mało miejsca, a kosmos się nie liczy.

"Łódź ratunkowa" - a tutaj siedzą wszyscy razem na łodzi jak na tureckim kazaniu i czekają, aż ich ktoś łaskawie uratuje. Ten film kinowy zrobił Hitchcock, taki reżyser. Jest on czarno-biały i nie znowuż taki głupi. No i jest bardzo, ale to bardzo mało miejsca. Ociupinkę w zasadzie. W sumie można się ze mną kłócić, jak ktoś bardzo chce, że przecież za burtami mają wielki, ale to wielki ocean, to jakie znowuż mało miejsca?! Tak? A widziałeś Ty "Szczęki"? No. Więc jest mało miejsca, a ocean się nie liczy.

"Pogrzebany" - uważam, że jest to film, w którym jest najmniej miejsca na całym naszym wielkim świecie, ale przecież takiej małej drobince w tym wielkim jak nie wiem co kosmosie. Nie ma innego filmu, że ma mniej miejsca. Jest jakiś inny? Nie ma! A jak jest, to się nie liczy.

"Titanic" - to z kolei jest film kinowy, w którym jest najmniej największego miejsca na świecie. Jest statek Titanic, niby nic takiego, ale przecież za nim, pod nim i przed nim, to nie ma już niczego, tylko zimny jak sopel ocean. Tylko w nim, w tym wielkim Titanicu tlą się jakieś serca. I to nie dwa, ale wielkie multum ludzi, że tlą im się serca! W sumie jest to film, że jest najwięcej ludzi z tlącymi się sercami w jakimś małym miejscu, czyli tutaj przykładowo w Titanicu.

"127 godzin" - wszyscy o nim piszą o tym filmie, że mało miejsca. Ale nieprawda, bo za Jamesem Franco, przed Jamesem Franco i nad Jamesem Franco jest dużo. Tylko pod nim niewiele, tyle co w zasadzie nic. Poza tym weźcie sobie zauważcie, że na początku filmu i na końcu, to już w ogóle, wszędzie on chodzi i nic sobie z tego wszystkiego nie robi, także ten film kinowy jest na mojej liście, bo jest na innych takich samych, a ja nie lubię się kłócić.

"Quo Vadis" - i polski film na mojej tutaj liście. Bardzo, ale to bardzo drogi. Jest to film, który ma najdroższe małe miejsca na świecie. Niby oni chodzą i tu i tam po mieście, ale jak się tak porządnie przyjrzeć, to są tylko ciągle w bardzo drogim, bardzo kolorowym pokoju. Ciągle i ciągle. Aż chcę się wyjść na pole potem.

Tak więc, tak to wygląda wszystko razem wzięte. Mam nadzieję, że nasz Nowy Rok o numerze 2013 zaczął się dla Was normalnie i bardzo pięknie i że traficie w nim na same normalne i bardzo piękne filmy kinowe o małych i dużych miejscach. Papa!

czwartek, 27 grudnia 2012
10 najgorszych filmów roku o numerze 2012

Teraz, na sam koniec roku o numerze 2012 chciałbym, że podam Wam najgorsze filmy kinowe, co były wyświetlane od stycznia do teraz. Taką ankietę zrobiłem w Święta przed różnymi kinami w calutkiej Polsce i zapytałem prawie 6 tysięcy całkiem różnych ludzi. Od dzieci do babć i dziadków. Od kobiet do mężczyzn. Od takich do siakich i owakich. I patrzcie, co mi wyszło.

Podaję filmy od najgorszego do najbardziej najgorszego:

10. Szpieg - film, w którym nikt nic nie wie, a nie jest czeski, tylko przecież z Wielkiej Brytanii. Chodzą oni tylko i mówią, sami nie wiedzą o czym, nie wiedzą kogo mają szukać, nie wiedzą kto zabija, nie wiedzą kto kim jest. Nic nie wiedzą. No, to kto ma wiedzieć? Ja?! Czy scenarzysta do licha jasnego! I jeszcze ten cały Gary Oldman, że ma cały czas tak cofniętą żuchwę, przecież to go musiało strasznie boleć tak chodzić ciągle! Aż mnie zaczęło strasznie boleć. Okropny film. O-krop-ny!

9. Mroczny Rycerz Powstaje - te wszystkie maski na twarzach, to się nie znudziło wam w tym waszym nienormalnym Hollywood? A potem się dziwicie, że coś tam, sami nie wiecie, co. A idźcie tam, z tymi waszymi maskami. Dość już mam, rozumiecie? Dość!

8. Nietykalni - Widziałem jeden film z Francji, nazywał się: "RRRrrrr!!!". To był mój pierwszy film francuski i nigdy więcej nic już nie zobaczę z tego kraju. Dobrze, że w Paryżu wcześniej byłem, bo już bym nie pojechał. Wieża Eiffela, pfff...

7. Skyfall - I to ma być Bond? Co to za Bond, że zamiast normalnie wielki finał na końcu z porządną rakietą albo bombą atomową, że prawie ma być wybuch, to jest jakaś głupia chatka w lesie? Czy ja kupiłem bilet na, z przeproszeniem, "Piątek trzynastego" albo "Dom nad jeziorem"? Czy na Bonda? Czy po prostu na co?!

6. Miłość - Haneke to moim zdaniem jest reżyser, że jego filmów to ja nie lubię. I kropka. Smutne wszystkie robi, jakby mało było nieszczęść na tym naszym biednym świecie. A przecież zdarza się, że czasem nawet w biednej Afryce zaświeci wesołe słoneczko i wtedy się idzie na łąkę szybko szybko nim zajdzie, idzie się hasać cały dzień. Calutki! A Haneke, to co nowy film, to coraz bardziej nie hasa. I nie, i nie. I teraz, to już kompletnie przestał na Amen.

5. W ciemności - Podobno w tym filmie różni wielcy aktorzy robią różne wielkie rzeczy. Małe też czasem. Albo średnie. Tak, średnie też robią. Tylko, że no i co z tego, jak tu nic nie widać?!

4. Jesteś Bogiem - Byłem na tym filmie całe mnóstwo razy, sam nie wiem już ile. Może 30, może 90, no do znudzenia. A może i ze 110. Na początku taki był fajny, taki ciekawy, patrzcie go! A potem? Pfff... Tra-ge-dia! Dobrze Wam mówię, nie oglądajcie tego filmu do znudzenia, bo zobaczycie, szkoda czasu, naprawdę.

3. Obława - No i tu tak samo. Albo to, albo tamto, sami nie wiedzą co i gdzie. A jak w końcu może być, czy że będzie, to zaraz ktoś tam coś i od razu biegnie i już go nie ma. A dlaczego chociaż na chwilę nie pozwolił reżyser jakoś inaczej tym razem? Co? No dlaczego, ja się pytam? Czy to zawsze już tak będzie z polskim kinem?

2. W paszczy rekina - o rekinach filmy, to już daaaawno przestały być modne i z jakimś inteligentnym sensem. Daaaaawno. Więc po co je robić? Daaaaawno.

1. Wstyd - Jest to film z pięknymi zdjęciami, że pięknie grają aktorzy, że jest taka piękna dla ucha muzyka, że jest piękny scenariusz, piękne w ogóle wszystko, tylko że nie ma najważniejszego, co w nawet najprostszym filmie jest zawsze i co każdy głupi, co by robił film, to by to wsadził od razu do filmu. I każdy inteligentny człowiek na tej planecie wie, o co mi chodzi, dlatego nie będę robił z siebie głupka i o tym pisał.

Tak więc uroczyście opiewam rok filmów 2012 za zamknięty. Teraz jestem cały ciekawy, co będą nam nasze kochane ekrany pokazywały w roku z numerem 2013. Ciekawe, co? Już się nie mogę doczekać, aż zobaczę.

sobota, 22 grudnia 2012
Hobbit: Niezwykła podróż *

To jest przecież bez normalnego sensu! Takie samo było już przecież z "Gwiezdnymi wojnami". Pamiętacie? Najpierw, że my to chcemy jedną część tylko zrobić, jedną malutką, a potem sobie zrobimy film o zupełnie czymś innym. Tylko, że potem przyszła koza do woza i co? I nakamerowali następną część. I znowu. I znowu i znowu! A potem od początku wszystkie puścili, że dodali nowe statki kosmiczne i bardziej kolorowe chmury, bo niby lepsze komputery do efektów są teraz. Pff.. A weźcie się z tymi wszystkimi częściami trzepnijcie w łeb! Ile można w koło to samo w kinie lecieć?! Ile ja się pytam?! Tak jak z takim filmem pod słynnym tytułem "Titanic". Zatonął statek Titanic? Zatonął! Wszyscy dokładnie to widzieliśmy na oczy, i Ty, i ja. Ładnie sobie leżał statek, spokojnie. Ale nie, przecież trzeba jeszcze raz zatopić w 3D, jak jakąś szarą tratwę, tfu! A wiecie, że teraz będzie "Jurajski Park", taki sam, tylko 3D?! Ludzie! Ale w sumie na "Jurajski Park" to pójdę.

No więc dziesięć lat temu był "Władca pierścieni", od razu 3 części zrobili, ok. Niech będą 3. Są w końcu 3 książki, to muszą być 3 części, żeby było po równo. Zrobili, obejrzeli wszyscy w świecie i był spokój. Potem różne filmy w kinach leciały, nikt nic nie wie i nagle co? "Hobbit"! I to dopiero pierwsza część! A w wywiadzie Peter Jackson mówi, a bo my tutaj musieliśmy zbudować cały ten nowy świat, i tyle ludzi w tym świecie, że jeden film, to za mało. Sraty pierdaty, takie kity to możecie wciskać na pewno nie mi. Gdyż ja rozwiązałem Waszą przeklętą tajemnicę. I wiem, dlaczego tak się dzieje, że rozdzieliliście na 3 części "Hobbita", jak jakiś siwy włos na czworo! A skąd wiem? Ponieważ po prostu nie umiem próżnować. Jeżdżę co raz na słynne filmowe festiwale, gdzie się skradam i podsłuchuję filmowców, jak szczwany krytyk. Całkiem niedawno, a widzę to normalnie jak dziś, że to jakby było dziś, przed chwilą. Więc całkiem niedawno na takim słynnym festiwalu skradłem się, że obok stał za kwiatem w donicy, krzakiem dracenowym Peter Jackson, wiecie, reżyser "Hobbita", takiego filmu. Stał ze Stevenem Spielbergiem i Martinem Scorsese, takimi reżyserami z USA. Nachylam ucho, a on mówi...

...mówi: Ty wiesz, Steven Spielberg i ty Martin Scorsese? Wy, to tyle już napierdoliliście tych filmów, a starzy jesteście jak ja. Unfortunately ja ich tak mało napierdoliłem, bo wy więcej. Co ja wypuszczę jeden, to wy 8. Albo jakieś kurwa piętnaście. To ja teraz zrobię, że dojebię na raz trzema "Hobbitami", o! I co wy na to? Fujary obsrane?! On nie może tak do nich kląć, sobie myślę! Wyskoczyłem zza dracenowej donicy i go z całej siły popchnąłem, aż się przesunął! I wyrzucili mnie z festiwalu, że przesuwam Petera Jacksona. Fujary obsrane. No i teraz już znacie prawdę. Taka ona jest. Niech więc ją wiedzą i Wy, i inni. Wesołych Świąt! 

Tagi: hobbit
03:16, kukok
Link Komentarze (7) »
czwartek, 20 grudnia 2012
Atlas chmur ****

Nie napisałem srecenzji już z jakieś bardzo dawno temu. Miałem po prostu dosłownie ukrop z różnymi rzeczami, mówię Wam. Byłem i tu i tam, chyba z milion filmów nowych oglądnąłem. Nawet nie wiedziałem, że aż tyle jeszcze ich jest. Ale teraz już wiem. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem. Ale już wiem.

Film kinowy, który chciałbym dzisiaj poruszyć nazywa się mianowicie "Atlas chmur". Bardzo jest już  słynny  w  świecie,  zresztą  chyba  każdy  inteligentny  człowiek o nim słyszał. Występują w nim różne gwiazdy, taki dajmy na  to Tom Hanks,  czy weźmy  taką  Halle Berry chociażby. I teraz obrobię Wam jeden temat, otóż że myślę, iż "Atlas chmur" jest trochę jak "James Bond", a nawet od niego o niebo lepszy. A wiecie dlaczego? Jeśli nie wiecie, to czytajcie dalej, mówię Wam!

Otóż  wszystkie  "Bondy"  są  takie,  że widzimy  a to San Francisco,  a to Filipiny, a to Bangkok, a to Moskwę, a to tu, a to tam i siam. Nie tylko kupujemy bilet do kina jak idziemy na nowego "Bonda". Tak naprawdę, to kupujemy bilet w piękną i zachęcającą podróż dookoła naszego pięknego świata. I zachęcającego. Dlatego warto chodzić do kina, bo można podróżować, i to bez bagażu i tego, że stewardessy  na początku wychodzą nagle jak w teatrze i pokazują sztuczki z pasem bezpieczeństwa i maską tlenową. Nie lubię tego momentu, albowiem mi ich szkoda. Przecież stewardessy nie są aktorkami, ludzie! A już raczej na pewno nie są weźmy taką Halle Berry! A muszą występować dla tylu ludzi, a oklasków dostają zero. Tyle co kot napłakał. Tylko piloci, których nawet nie widać. Biedne.

Tak więc niż na lotnisko, to lepiej iść do kina na jakąś wspaniałą podróż. Na taki właśnie "Atlas chmur". Za  śmiesznie  małą  cenę  zabierze  on nas w długą podróż dookoła naszego pięknego świata. I zachęcającego. I tu właśnie jest jeden ważny smaczek. Pewien sęk pogrzebany, niezauważalny przez ludzi, co jedzą popcorn. Bo "Atlas chmur" bierze nas w podróż nie tylko dookoła świata. Co to, to nie. Pff.. Tak, to nas "Bondy" biorą od bez jakiegoś mała pół wieku. Otóż "Atlas chmur" bierze nas w podróż dookoła... czasu! I więcej nie powiem. Żaden samolot Was tak nie weźmie. Nawet ten cały dreamliner, co niby taki wielki, a jak przychodzi co do czego, to nic nie umie. Także jak sami czytacie, jest to porządny film, zrobiony na bogato. Dlatego daję mu 4 gwiazdki.

A dźwięk opiewam w tym filmie kinowym normalnie, bo w sumie jak się tak porządnie zastanowić, to nic nowego nie usłyszałem. Czyli 2 gwiazdki. No dobra, 3: ***

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15