luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
czwartek, 19 września 2013
Wałęsa. Człowiek z nadziei

Dzień dobry. No i nastąpiła teraz chwila, na którą wszyscy ciurkiem czekali, a najbardziej nikt inny, tylko sam ja. Chwila, że właśnie wybił idealny czas na omówienie filmu kinowego pt. "Wałęsa. Człowiek z nadziei". Szczerze? Nie jest to zgoła jakieś łatwiutkie zadanie, przecież i Lech Wałęsa, i jego żona, a i nawet Andrzej Wajda, wszyscy jeszcze sobie żyją, więc dotykam tutaj mocno tego samego poważnego problemu, co dajmy na to aktorzy, że Robert Więckiewicz albo Agnieszka Grochowska. I wiedzą Państwo co? Kłuje mnie on nieźle. Co innego przecież pisać o filmie dajmy na to pt. "Gandhi", albo go kręcić, jak Gandhi przecież dawno zginął w poważnym zamachu na siebie, to każdy chyba wie. Zatem postaram się być kompletnie ostrożny, ale w tym samym czasie kompletnie szczery. Tym dużo mocniej szczery, bo dopiero co się przecież okazała na światło dzienne informacja, że "Wałęsa. Człowiek z nadziei" ma dostać Oscara. Więc uwaga, zaczynam. Po pierwsze, ma ten film szalenie niewiele różnych rzeczy.

Niby mamy pokazanych całkiem sporo wydarzeń, a to z telewizji, a to z domu, a to skąd tam sobie chcemy. Jednak, jak się tak bliziutko przyjrzeć i poobserwować tok myślowy reżysera oraz innych przykładowych ludzi, np. od kostiumów albo statystów, to się jasno okaże, że cały film jest tak naprawdę tylko o jednym bohaterze, którego wszyscy znamy na całym naszym świecie, Matce Ziemi. Czyli niby tak, a jednak siak. To po pierwsze. Następną rzeczą, na którą warto głęboko spojrzeć jest gra aktorska. I tutaj zrobiono ogromne pole do popisu. To, że wszyscy aktorzy pokazują różne cuda oraz wianki, to jest powiedziane, jakbym sobie policzył do dwóch, w skali od jeden do miliona. A tego, to się po prostu nie da napisać. Ludzie! Ja, to bym chciał, żeby każdy to zobaczył! I Ty, i Ty, i oni, cały świat! Ach, ja już bym to chciał! Niech patrzą i podziwiają wszystkie te Meryle i De Niry i Ale Paciny, niech patrzą. Uważam, że mogę spokojnie wieścić, iż jak tak dalej nam pójdzie gładko, to Hollywood przeniosą do nas, nad naszą miodną Wisłą. STOP! Dosyć już tych wszystkich achów. Nie wszystko jest albowiem w tym filmie zrobione jak po maśle. Taka jest prawda.

Pewnie każdy człowiek ze zdrowym słuchem słyszał, że dziennikarkę Orianę Falacci, co mówi z Lechem Wałęsą, miała zagrać sama słynna i powabna Monica Belucci. Rozmawiano z nią nawet podobno całkiem sporo czasu, a to przez telefon, a to przez Internet. Różne plotki krzyczą, że od napisania umowy dzieliła wszystkich odległość wielkości sikorki bogatki. Jednak nastąpiło w pewnym momencie wielkie niestety i z worka wyszły nici ze słomą. A mogło być tak pięknie. A nie jest. A mogło. Pozostaje nam tylko wzdechnąć głęboko "och..." i poczekać na jakiś zgoła inny polski film z wywiadem i włoską dziennikarką. Kto przecież wie, może następnym razem się zwyczajnie uda?

czwartek, 29 sierpnia 2013
Jobs **

Te całe iPody, to wiedzą Państwo, co takiego? To takiego, że miałem ich w życiu dokładnie dwa. A zauważmy, iż nie żyję znowuż jakoś super długo. Co to, to nie. I te właśnie dwie sztuki w pewnych kompletnie przypadkowych dwóch momentach stały mi się nagle zepsute. Najpierw jeden, potem drugi. Nie wiadomo dlaczego, ani po co. Bo niby po co? A ile orkiestrowej muzyki z filmów kinowych na nich było! Ile!!! Jestem kompletnie stratny z tego powodu aż do teraz, taka jest prawda. Straciłem na przykład piękną orkiestrę Bruce'a Broughtona z filmu kinowego "Brzdąc w opałach" oraz inne muzyczne światy przepięknych dźwięków. No, ale żyć trzeba dalej, rzeki płyną, pisklęta się wykluwają, to i ja wracam na moją szosę, tyle że tym razem stawiam już kroki z pomyślunkiem. Dlatego właśnie zrobiłem potężne postanowienie, że jabłku z dziurką krzyczę prosto w ogonek: NIE! To co miałem zjeść, już dawno zjadłem, rozumiesz?! A ogryzek, żeby draka nie zawrzała, grzecznie odkładam do śmietnika. No, a inni, cóż. W ich palce, co stukają w bieluśkie jak maślanka laptopy, wtrącać się nie mam zamiaru. Koniec, kropka. Myślę, że czas już przejść do surowego omówienia filmu zupełnie nieznanego reżysera z nazwiskiem Joshua Michael Stern o bardzo, ale to bardzo słynnym Stevie Jobsie. Taki to kontrast, kto wie, może nawet ciekawy i coś z niego wynika. Szczerze? Chyba nawet wiem, co.

Chyba. Pewnie wiele osób mogłoby teraz zadzwonić do mnie i wypowiedzieć, że: Nie obchodzi mnie, co z tego wynika. Obchodzi mnie, czy Ashton Kutcher jest aktorem o talencie wielkim jak arbuz, czy malutkim, jak oko Calineczki, i czy Steve'a Jobsa pograł ładnie czy bez kompletnego sensu? Zatem odpowiadam w te pędy. Aktor amerykański Ashton Kutcher zagrał go ani tak, ani tak. Warto tutaj podkreślić, że Kutcher był kiedyś przykładnym mężem Demi Moore. Takiej aktorki, której szkoda, że jest teraz rzadkością na ekranach. Podobno w tych ich całym małżeństwie byli razem tacy, że nawet teraz można garściami brać z nich dokładny przykład. Ale tutaj, to jednak nie potwierdzę, w łóżku z nimi nie spałem. Nocowałem w pokoju gościnnym i nie było nic słychać. Więc, jeżeli chodzi film kinowy "Jobs", to jak to wszystko jest zagrane? Cóż. Szczerze? Nie mnie chyba o to pytać, tak sobie myślę. Co ja właściwie tam wiem o aktorstwie. Prawdopodobnie niewiele. Tyle, co nic. Pewnie chcieliby Państwo teraz wiedzieć, co z tego filmu kinowego ciekawego wynika. Zatem już odpowiadam.

Czasem sobie myślę, że powinienem założyć jakieś kino. Niczym Steve Jobs założył, że robił komputery na światową sławę, a także iPody. W takim przykładowym kinie, jak już by Państwo siedzieli cieplutko i wygodnie w fotelach, to przyszłaby swego rodzaju asystentka i podała herbatę gorącą. Z cukrem, albo bez, kto co tam woli. A potem staję przez Państwem ja i opowiadam, co mniemam o filmie kinowym, który już za momencik się zacznie. Co jest w nim dobrego, kto źle gra, jakie sceny są nudne w razie jakby ktoś chciał iść do toalety i tego typu różne rzeczy. Uważam mój pomysł za bardzo pociągający, prawda? Jak jakiś magnes normalnie! Szczerze? Muszę powiedzieć Państwu prawdę, że jest tutaj jedno: niestety. Ale bowiem mój wewnętrzny reżyser szepcze mi w uchu, iż mam to jeszcze przemyśleć. I prawdopodobnie ma rację. Ciekawe, kto jest moim wewnętrznym reżyserem? Myślę, że jakiś porządny, na przykład... Alfred Hitchcock. Tak, wyraźnie czuję, że to on właśnie. Goodbye.

piątek, 23 sierpnia 2013
Filmy, że je oczekuję: jesień 2013

Dzień dobry. Nie ma ostatnio nic w naszych smutnych kinach, ekrany się nudzą pioruńsko, więc jedyna rzecz, co nam zostaje do roboty, to czekać na wybrudzoną w błocie i upłukaną we łzach jesień, bo wtedy zwykle jest co oglądać. A w tym roku jesień będzie tak bogata w przepiękne filmy kinowe, jak bogata jest w przepiękne wielokolorowe liście, albo w dające łunę znicze na Święto Zmarłych, albo w płynące przez polską przestrzeń krople deszczu, kiedy pada wieczorem za oknami, za górami, za lasami... No, więc pierwszy tytuł, na który już teraz warto kupić bilecik, ale bowiem później może zabraknąć, to:

"All Is Lost" - nie wiadomo jeszcze, kiedy w Polsce zrobią mu premierę, ale niech się w końcu pospieszą, bo przecież wszyscy zaczynają już nieźle czekać. Jest to film, że taka jakby symfonia na jednego aktora, ale czekajcie! Jakiego aktora, jakiego! Samego Roberta Redforda ze złotem zamiast włosów, który płynie małym jachcikiem, łupinką orzeszka przez gigantyczny ocean i pewnego razu spotyka burzę wielką, ogromną jak nie wiem co, jak Piankowy Marynarzyk z "Pogromców duchów". I co z nią robi? Walczy, żeby żyć po prostu. Żyć.

"Carrie" - nie trzeba mieć żadnego ptasiego rozumu, żeby wiedzieć, iż ten film kinowy już raz zrobiono, i to zupełnie porządnie. No, ale nowe czasy, nowe tysiąc lat, nowa młodzież, to nowa Carrie też musi być. Reżyserką została nie byle jaka kobieta spod sroki, tylko sławna Kimberly Peirce, ta od "Boys Don't Cry". A modlitewną matkę zrobiła też nie byle kto, żadna tam amatorka czy modelka Naomi Campbell albo piosenkarka Gloria Estefan, tylko sama Julianne Moore, o włosach jak "Olimp w ogniu". Poza tym, pewnie dostanie Oscara. 

"Gravity" - o Sandrze Bullock, co unosi się w kombinezonie międzygwiezdnym, bo właśnie naprawiała jedną rzecz czy coś, i niechcący się w kosmosie poślizgnęła i leci teraz prosto w samą otchłań czerni gwiazd. A George Clooney ją ratuje. I jeszcze jakby tego było mało, do cna im się psuje baza, ten dom, do którego każdy zawsze w końcu wraca! O tym filmie kinowym już tyle razy trąbiono, że mam bilecik na niego od dawna-dawna, i to nie jeden. Czyli, ile mam tych bilecików? Nie ma głupich, nie powiem.

"Grace of Monaco" - jest to film, że biografia, o pięknej księżniczce, która została obrana królewną Hollywood. Oczywiście chodzi mi o Grace Kelly. Gra ją aktorka z platyną, zamiast włosów, czyli kto? Oczywiście, że Nicole Kidman, którą znamy chociażby z "Batmana Forever". Będzie również Alfred Hitchcock, jak rok temu też był, a nawet Maria Callas o głosie niczym anielskie trąby. Kto umie liczyć, ten już policzył, że to w sumie trzy biografie, albo i więcej, w jednym, czyli uczta, którą się zeżre z wielkim jak arbuz smakiem.

"Monuments Men" - a tutaj mamy taki trochę "Ocean's Eleven", tylko że bliżej Hitlera. Obsada jest potężnie kusząca: George Clooney, Matt Damon, Bill Murray, Cate Blanchett, John Goodman i kogo tam jeszcze ekrany pokazywały. Film jest o drogich obrazach, które dobrzy ludzie chcą uratować spod krwiożerczych płomieni Adolfa Hitlera, słynnego złego człowieka, o którym nic dobrego nigdy nie napisano, i bardzo dobrze! Ode mnie dobrego słowa o nim też nie usłyszycie.

"Captain Phillips" - i znowu morze, ale tym razem z Tomem Hanksem o włosach niczym po prostu włosy i nie z łupinką, tylko wielkim staciskiem, na który napadają morderczy piraci, ale nie ci z Karaibów, tylko z czasów naszych, w których sobie żyjemy, których możemy namacalnie dotknąć czy posmakować, do wyboru. Jest to film z autentycznymi faktami w roli głównej, trailery już lecą w kinach, także pewnie sporo ludzi wie, że warto i już czeka, już się nie może doczekać, już miętolą wszyscy w dłoniach bileciki, żeby je w końcu pani w kinie przedarła i powiedziała: "Miłego seansu, dobrze?".

"Diana" - i proszę, była "Żelazna dama", była "Królowa", no to teraz czas na Dianę. Robi ją, pewnie wzorowo, sama Naomi Watts, którą tylko jakiś półmózgi głupek nie uważa za swoją ulubioną aktorkę. Nic więcej nie trzeba dodawać, ani nic.

"Klopsiki kontratakują" - dalej ciągnięta pierwsza część "Klopsików i innych zjawisk pogodowych". Na świecie pokazano tę bajkę, kiedy jeszcze u nas ferie zimowe były. No, a w Polsce dopiero teraz, no bo kiedy, wszystko za późno, wiosna za późno, lato za późno, metro za późno, to i filmy za późno. Jeśli o mnie prywatnie chodzi, to ja bardzo przepraszam, ale na takie starocie, to ja nie chodzę. Nie od tego przecież jestem. 

No, i jest jeszcze drugi "Hobbit", ale tutaj, to weźcie mnie trzymajcie z daleka od tego filmu!

I takie to są rzeczy różne. Kwadratowe i podłużne. Do widzenia.

poniedziałek, 29 lipca 2013
Pacific Rim

Ocean Pacyficzny kryje w sobie wiele ogromnych tajemnic. Generalnie, im bliżej dna spływamy, tym bardziej ciemno i tym większe nie wiadomo co nas otacza. Kto wie, co jeszcze wypłynie do gazet i Neta, kiedy jakiś sprytny nurek popłynie tam, gdzie żadna ryba jeszcze nie była. Albo James Cameron, który jest bardziej ostatnio słynny, że ma łódź podwodną, niż że kręci. Trochę szkoda, mógłby kręcić częściej, zamiast się ciągle włóczyć po tych swoich dnach. W końcu wychodzą mu całkiem spore filmy kinowe o wielu fanach, a czasem i nagrodach. Szczerze? Uważam, iż takie nieróbstwo, to jest kompletnie dla niego głupia rzecz, bo powoli rosną nam nowi reżyserzy, co mogą Camerona z tego jego całego tronu zmieść jak tsunami. I to się powoli już dzieje na naszych oczach, bo jak każdy inteligentny człowiek wie, po ekranach coraz więcej przechodzi filmów kinowych ogromnych jak jakiś arbuz-mutant. Nie dalej, jak całkiem niedawno widzieliśmy przecież film pod tytułem "Wielki Gatsby". Jakie w nim były wielkie rzeczory, nie muszę nikomu tłumaczyć. A wiecie, co ciekawego stało się ostatnio?

To ciekawego, że obejrzałem "Pacific Rim". Od samego urodzenia pamiętam, że chciałem pływać po oceanie, wąchać jego parę wodną, włożyć do tej przepięknej solonej wody chociażby gołą stopę. Niestety, nigdy mi się jeszcze nie udało tego osiągnąć. Na szczęście świat nie kończy się dzisiaj, albo jutro, nie żyjemy przecież w filmach Rolanda Emmericha, i wszystko jeszcze stoi przede mną ogromnym otworem. A póki co, nie tracę czasu, tylko oglądam tytuły o Oceanie Pacyfiku, jak przykładowy "Pacific Rim". Reżyser opowiada w nim, że budzą się WIELKIE potwory, które mają za swoje zadanie zrobić na tej naszej Ziemi, planecie Earth, porządek z ludźmi i ze wszystkim, co my ludzie kiedykolwiek zbudowaliśmy. Są one bardzo krwiożercze, przez co czujemy, że nas przerażają, i to też dlatego, że pragną zniszczyć jak najwięcej budynków przez te dwie godziny, co trwa o nich film. Bo każdy film przecież kiedyś się kończy, a budynków do zburzenia nie jest przecież znowuż jakoś niewiele. Trochę ich nastawialiśmy. Wiecie, co Wam jeszcze powiem?

To, że jak widziałem "Wielkiego Gatsby'ego", to mój mózg urodził proroczą myśl, że większego filmu w kinie nigdy nie zobaczę. I co ciekawego się stało? To ciekawego, że popełniłem gruby błąd, gdyż mój mózg się pomylił! Chociaż, jak tak się głęboko, do samego dna oceanu zastanowić, nie jestem przecież jakąś tam zaraz szczwaną wróżką, szklanych kul w plecaku nie noszę, żeby nimi patrzeć w przyszłość. A nawet jakbym wróżył, to bym i tak nie nosił. Raz że się mogą zbić na mieście, dwa, że podobno są pioruńsko ciężkie. No, ale "Pacific Rim". Więc, kto chce zobaczyć największe rzeczy w świecie, i to na największym oceanisku, ten musi w te pędy kupować bilecik. A kto nie chce, ten nie musi. Proste jak drut. 

czwartek, 20 czerwca 2013
Człowiek ze stali ***

Różne są stale na świecie. Jest na przykład stal nierdzewna, że się nie psuje poprzez zgnicie. Przykładowo, jak się pójdzie do kuchni, to tam w szufladzie leżą stale nierdzewne, którymi jemy zupy i ziemniaki. Są to co? Są to sztućce, każdy głupi to wie i nie ma o co tutaj kruszyć koni. Mamy również stalowe sejfy. Występują one jakże często w filmach o napaściach na banki, albo zakradaniu się po perły, położone w tajemniczym sejfie zamkniętym na miliard milionów spustów. Kto je ukradnie, ten będzie bogaty, jak góra Giewont, ale nie, że z kamienia tylko ze złota i platyny. Mogą być również ze stali kwiaty, natura wymyśliła takie wyposażenie roślinom, żeby były mocniejsze dla drapieżników, co je chcą schrupać. Wtedy nie jest już tak łatwo pogryźć listki żyrafie czy kurce, o nie. Takie stalowe magnolie jak weźmiecie, to daję gwarancję na 3 lata, że nie ugryziecie nawet głupiego rąbka. Są też ze stali giganty, nawet film kinowy o jednym widziałem kiedyś. Ale to kiedy indziej.

No i jest też, bo o to przecież mi tutaj chodzi, taka stal, że czasem, jak się komuś poszczęści, to będzie z niej Twój syna albo córka Twa, czyli że wyjdzie Supermaniątko albo Superwomaniątko. Niby jeszcze takie małe, nic nie mówi i nie chodzi jak człowiek, ale już polata tak, że przykładowy polski bocian przy nim, to się chowa gdzie pieprz rośnie. Najlepiej w kukurydzę, bo wysoka. A potem Supermaniątko wyrośnie duże i będzie można zrobić o nim bardzo twardy film kinowy, czyli pt. "Człowiek ze stali", który mogę zdecydowanie Wam poopiewać. Więc, kompletnie są dobrzy aktorzy w nim, to po pierwsze. Jak się tak weźmie i popatrzy, to można sobie przypomnieć, że całkiem sporawa ich liczba dostała wcześnie a to Oscara, a to inny jakiś pomniczek ze złota. Russel Crowe dostał, Kevin Costner dostał, Michael Shannon coś tam ma, Amy Adams ma, no i Diana Lane też przecież jakiejś mokrej sroce nie odpadła, że ogon. Po drugie, muzyka że Hans Zimmer. Wiecie, powiem Wam, ale tak szczerze, że czasami to ja go po prostu nie-na-wi-dzę! I tutaj też. To już lepiej mogli dać z "Gwiezdnych wojen" jeszcze raz, że Ram-Pam-Pam. A tak to jest ciągle to jego bu-bu-bu. Znowu ta "Incepcja", albo "Batman". A idźcie Wy, orkiestry mu się zachciało. Na wesela lepiej idź grać Panie Zimmer. Albo ze strażakami! Ale mu powiedziałem, nie? A wiecie, co?

Jak ten Superman chyżo lata, to Wy nie wiecie! I tam, i siam, i frrruuuu dookoła różnych rzeczy, albo prosto nad miastem, i tędy, i owędy, i Wielki Kanion, i Ziemia, nasz planeta matka z kosmosu z takim pięknem jak malowana. Ależ ja normalnie tu zaraz pitolę! No takie potężne multum miejsc przelatuje Superman, że aż można się z filmu kinowego "Człowiek ze stali" tak wiele nauczyć o ludzkiej wiedzy ze świata, niczym na końcowej klasówce z geografii. Panie ze szkoły, to powinny zabierać uczniów na "Man of Steel", co by przekonać ich, jak ta cała Ziemia wygląda. A nie tylko o kopalniach uczą, i że jakie państwo co tam ma w ziemi. A my przecież na ziemi mieszkamy, nie pod. Co to nas obchodzi, że ile litrów ropy zakopane jest tam gdzieś, same nie wiedzą gdzie? Latać trzeba, a nie drążyć w ziemię podkop, jak struś głową ze strachu albo kret, bo ślepy. A nietoperz też ślepy, i co? I lata! "Batman" nawet był. Można? Można. No to lecę, papa.

piątek, 07 czerwca 2013
Kac Vegas 3 / Egzorcysta

Dzień dobry. Dawno nie pisałem, bo mnie po prostu nie było. Pojechałem mianowicie tam, gdzie skamerowano wiele, ale to baaaardzo wiele słynnych filmów o mnóstwu fanach na całej ziemskiej kuli. Wie ktoś, gdzie? Ciekawe, czy ktoś wie... No więc, nadszedł jakby najwyższy czas na srecenzję jakiegoś filmu kinowego. Tak się kompletnie nam poskładało, że nie ma raczej na co iść ostatnio, więc no trudno, zostaje "Kac Vegas 3", co na jego pierwszą część i drugą cały świat kupił bileciki, jakieś miliardy chyba gdyby tak policzyć. Szczerze? Tyle Wam powiem: Zrobili różni reżyserzy, znani i nieznani, ładni i brzydcy, zrobili całe mnóstwo przecież tak pięknych filmów kinowych, że głowa mała! Ja bym im dał ot tak przynajmniej z połowę fanów, co mają "Kace Vegasy". No, ale nie dam, bo nie mogę, nie jestem przecież jakimś Świętym Mikołajem. To chyba jest tak, że niektóre filmy kinowe, to są w czepku urodzone, a niektóre bez. I kropka. A wiecie, że jak byłem w tym miejscu, co to tam wyżej napisałem, że byłem i nie wiecie gdzie, to raz wszedłem sobie do kina? Ale nie na film, bo przecież to nie był najwyższy czas na oglądanie, tylko pomyślałem sobie, że aaa, skieruję oko na plakaty, co tam u nich grają. I wiecie, co tam u nich grali?

Właściwie, to samo, co u nas. Ale jedna rzecz mnie kopnęła po oczach z całej siły. Był to plakat do pięknego, bardzo słynnego filmu kinowego typu horror pt. "Egzorcysta" z 1973 roku, kiedy mnie jeszcze nie było dawno na świecie. Okazało się, że zrobili jego umycie i nie będzie teraz trzasków słychać i plam oraz dali nowe kolory, tak więc utworzyli nową, umytą wersję! Czyli nie, że remake! Szczerze?

Już się nie mogę doczekać! Pamiętam, jak byłem mały, to film kinowy "Egzorcysta" miał lecieć w telewizji na programie pierwszym po dzienniku. U mnie w domu był wtedy tylko telewizor bez kolorów, same tylko czarne, białe i szare. Ale to zawsze przecież coś. No i ja już wcześniej wiedziałem, że "Egzorcysta" będzie lecieć, bo tak stało w gazecie, ale mama powiedziała, że jest to typ filmu horror i nie ma głupich i ona mi nie pozwala i mam w tej chwili iść bawić się do piaskownicy kapslami. To ja, że proszę i proszę i że jeśli mi nie pozwoli, to zrzucę telewizor na podłogę, jak wszyscy będą spać i się potłucze i nikt nie obejrzy! No i się zgodziła. Tylko musiałem zjeść całą sałatkę z warzyw. A wtedy nie lubiłem, wolałem chleb z dżemem albo zupę owocową. Teraz mam na odwrót, wolę sałatki z warzyw, a chleba z dżemem i zupy owocowej to chyba od wtedy prawie nie jadłem. Także tego, nie ma co. Bardzo Was wszystkich lubię i do widzenia.

piątek, 17 maja 2013
"Wielki Gatsby" ****

No więc ten cały "Wielki Gatsby". Była książka, był i film. Drugi film był też, a teraz nadszedł wielki czas na kolejny. Powiem Wam, ale tak kompletnie do szczerości, że tyle różnych spadających wstążek oraz błyszczących blaszek, to ja w życiu swoim nie widziałem. I Wy też nie. One normalnie tak mocno padają, że już sobie myślisz: "Daję stówę, że już więcej ich się nie da zrzucać. To przecież nie jest deszcz, że jakaś ulewa!". I co? I da się! I to nie jedną czy dwie wstążki więcej, ale całe przeogromne mnóstwo, istne oberwanie wstążkowego chmurzyska! Tylko, że nie chlapią. To jest dopiero Hollywood! Tego się normalnie nie da opisać półgębkiem, trzeba po prostu kupić bilecik i kropka. Ale czekajcie, to nie koniec. Lecą blaszki lecą, fru fru fru, to się już w sumie przyzwyczailiśmy, a tu nagle ni stąd, ni stamtąd wielkie sztuczne ognie! Aż wiersz napisałem o nich:

Bum cyk cyk BUM,

Na całe niebo latają,

A to tędy, a to owędy,

I robią tak: Szszuuu...

Szu Szu Szu i nagle Plum!

Do wody-rzeki w Nowym Jorku,

Z górki prosto na pazurki!

Trochę za dużo w tym wierszu sporlejrów, ale chyba inaczej by się nie dało. Tak więc, takie to rzeczy w filmie kinowym: "Wielki Gatsby" można zaobserwować. A wiecie, jakie to wszystko naprawdę są rzeczy?

Takie właśnie to są rzeczy. Uważam również, że do cna cenię Leonardo di Caprio, że sobie gra w tych wszystkich filmach. Jest to mianowicie taki wielki aktor, że jak się w kinie przymróży oczy, to jakby się autentycznie na Meryl Streep patrzyło. Ale no niestety, albo rybka, albo nitka, Oscara to on chyba nie dostanie. W wolnych chwilach zastanawiam się, dlaczego w sumie go nie zanominują porządną ilość razy do tej ich całej nagrody. I wiecie co? Nie wiem, dlaczego. Może on coś ma jakiś konflikt z nimi z dziada czy babci? Cudze kochanki, coś po prostu tego, niejedną taką historię o Hollywood inteligentni ludzie znają przecież na pamięć. Postaram się wkrótce o tym dowiedzieć szczegółowo i po prostu go zapytam. A wiecie, skąd mam numer telefonu do Leonarda di Caprio?

Pewnie nie wiecie. Niestety, obiecałem, że nikomu nie powiem. To znaczy, już powiedziałem kilku osobom, ale to ten.. Tak więc "Wielki Gatsby" jest dokładnie taki, jak sama nazwa o nim wskazuje. O tej rzeczy też napisałem wiersz:

Wielki Gatsby, Wielki Gatsby,

Jesteś baaardzo DUŻY,

Oraz rzeczywiście wysoki (nawet jak obok stanie koszykarz).

A jeszcze kilkaset lat temu,

Ludzie mieli maks metr pięćdziesiąt.

Takie to rzeczy się dzieją na tym naszym świecie

Matce Ziemi,

Bardzo w sumie fajnej, polecam.

A zdjęcia dostałem od Warner Bros! Hura!

wtorek, 14 maja 2013
Stoker ****

"Stoker" jest to film kinowy do inteligentnego pomyślunku nad różnymi rzeczami. A to o szkole, a to o ołówkach, a to o nagiej kobiecie pod prysznicem. Ale nie bójcie się, bo jeżeli nie lubicie myśleć, to "Stoker" jest również do strachu, który może nami porządnie zatrząchać, ale bez tam jakichś mokrych flaków, tylko za pomocą innych, mądrych sposobów. Tak umieją kręcić filmy tylko reżyserzy z odmiennych krajów od USA. To znaczy znajdzie się jakiś czasem z Ameryki reżyser, co to zrobi zatrważający horror bez krwi, ale jest takie coś rzadkością, której nie ma sensu nawet ze świecą szukać. A w Azji albo w Hiszpanii to takich zdolniachów jest multum! Jakieś mega zatrzęsienie, od normalnie sasa do lasu! Można wybierać, jak kurde w rzodkiewkach, a to większą, albo ociupinkę mniejszą, albo wie pani, ta w sumie mi się bardziej podoba, a ta mniej, to ja wtedy tę poproszę. No i poprosili chłopa z Korei jak tę rzodkiewkę, żeby im zrobił horror do ciarek na skórze, bo sami już w tej całej Ameryce przecież nie potrafią. Zgłupieli tam do całkowitej reszty, pewnie od tych osiemdziesięciu części "Szybkich i wściekłych". Wiecie, powiem Wam coś ważnego. "Stoker" to jest coś. Ludzie w nim są kompletnie inni, chodzą i chodzą, albo stoją i się patrzą na siebie jak jakieś mordercze sroki w gnat. Niby to nic wielkiego, każdy głupek tak potrafi, sobie pomyślicie. A właśnie, że nie potrafi. A wiecie dlaczego?

Dlatego, że nie. "Stoker" jest to film kinowy nakręcony po prawdziwej piękności. Momentami to jest aż tak, jakby się oglądało różne obrazy w drogim muzeum. Ale nie nudne, że "Bitwa pod Grunwaldem" albo "Portret Kolumny Zygmunta", tylko obrazy ciekawe oraz zupełnie nieznane, że nikt takich wcześniej nie widział. Na przykład z krwią. Ładną, ładnie porozlewaną na czerwonej podłodze albo na zielonych roślinkach, z kwiatami i pszczółkami, które bzykają, bo słonko właśnie wyjrzało zza ciemnej chmurki. Uważam również, że Nicole Kidman jest piękna jak jakiś piękny, słynny obraz, i gdyby nie zagrała kiedyś w "Innych", to bym szczerze pomyślał, że widzę ją pierwszy raz w horrorze z dużym domem. Ale zobaczyłem ją drugi raz. Bardzo podobały mi się również takie wielkie kule w ogrodzie. Są one szalenie ważne dla tego filmu kinowego, tylko żeby się o tym naocznie przekonać, no to musicie sami kupić bilecik. No dobra, podpowiem. Nie rzuca nimi Godzilla i nie są to kule z pistoletów - olbrzymów. A wiecie, jak się robi takie kule?

Bo ja nie wiem. Właściwie, to chyba tylko tyle mogę o filmie kinowym "Stoker" napisać. Za dużo jest w nim różnych sporlejrów, a tego nie powinno się lubić czytać, jeśli chce się, żeby film nas do cna zaskoczył. A zdjęcia wziąłem z Internetu. Także tego, nie ma co. Do widzenia.  

sobota, 04 maja 2013
Filmy, że je oczekuję

Chciałbym teraz napisać o filmach kinowych, że je oczekuję i kompletnie się nie mogę doczekać ich zobaczenia na ekranie. To znaczy, nie ma jakiejś chorej biedy, jest teraz trochę filmów kinowych, na które warto zakupić chociaż jeden głupi, malutki bilecik. Dajmy na to taki z Polski "Układ zamknięty" czy "Panaceum" z Ameryki, albo chociażby remake pięknego "Jurajskego Parku", nowy taki sam, jak stary, tylko nakręcony w 3D, na szczęście z tymi samymi aktorami, ciągle młodymi. Także tego, nie ma co. Mógłbym tak wymieniać bez żadnego liku, co nam tam leci teraz w kinach, ale nie po to przecież zatytułowałem ten wpis, że oczekuję. Więc oto są filmy kinowe, które ich oczekuję:

- "Wielki Gatsby" - będzie to film kinowy wielki i bardzo drogi, dosyć mocno kolorowy, ze starodawnym Nowym Jorkiem oraz z Leonardo di Caprio, że jak ktoś lubił "Moulin Rouge", to mu się spodoba "Wielki Gatsby", bo to ten sam reżyser skręcił, a przecież "Moulin Rouge" każdemu na tym naszym świecie Matce Ziemi się podobał, a więc wygląda mi na to, że "Wielki Gatsby" też będą lubić wszyscy.

 

- "Star Trek: Into the Darkness" - będzie to film kinowy wielki i drogi, kolorowy, z nowoczesnym San Francisco oraz z Chris Pine, że jak ktoś lubił pierwszą część, to mu się druga też spodoba, bo to ten sam reżyser skręcił, no a pierwsza każdemu się podobała (tylko głupkom nie), to "Star Trek: Into the Darkness" będą lubić wszyscy.

 

Poza tym będą jeszcze filmy raczej nieznaczne, ale trzeba uczciwie o nich napisać.

- "Iron Man 3" - będzie to film kinowy, że drogi i Robert Downey Jr., podobno najlepsza część, co polubią wszyscy na Ziemi, tylko nie nienormalni jacyś.

- "Szybcy i wściekli 6" - no tutaj to idę o tysiąc pięćset sto dziewięćset, że będzie to samo, co 5 poprzednich części, więc co za różnica, kto polubi, a kto nie?

- "Kac Vegas 3" - to, to jednak chyba tylko głupki polubią. Nie oczekuję absolutnie w ogóle na zobaczenie tego filmu kinowego.

Tak więc, to są oto filmy kinowe, iż je czekam do obejrzenia w kinie. Tylko tyle dziś napiszę, bo jest piękna majówka z upałem, to nie ma co siedzieć i się lampić w komputer. Do widzenia. 

niedziela, 21 kwietnia 2013
"Niepamięć" ****

Dzień dobry. "Oblivion" film kinowy "Niepamięć" jest zrobiony przez Stany Zjednoczone, a tak właściwie, to przez Hollywood za ciężkie pieniądze. Jak więc już pewnie dobrze wiecie, muszą w nim być i błyszczące gwiazdy, i szalenie ładne efekty specjalne, i zdjęcia jak ta lala, i różne cuda oraz wianki, czyli co tam sobie kto chce. Nie od teraz wiadomo przecież, że pieniądz jest to taka specyficzna rzecz, co może nam zrobić tyle zachodu, iż każda głowa mała, nawet ta duża. Mam również inną dobrą wiadomość. W filmie kinowym "Niepamięć" gra nie byle kto, tylko sam Tom Cruise we własnej osobie! Uważam, że tego aktora uwielbiam, a także bardzo go doceniam, że rozwiódł się kiedyś z Nicole Kidman, która była dla niego o wiele za wysoka i tak szczerze mówiąc, to wyglądali razem jak pięść do oka. Trzeba wiedzieć, ile ma się wzrostu Pani Kidman! Albo jesteśmy wysocy, albo niscy, i dokąd sięgamy czubkiem głowy, to takie wnioski z tego należy powyciągać. Chociaż Danny de Vito ma żonę, która jest od niego wyższa o całe dziesiątki centymetrów. Ale to chyba tylko taki wyjątek, że są pewne zasady do przestrzegania i basta.

"Oblivion" film kinowy "Niepamięć" pokazuje nam naszą piękną matkę Ziemię, że kiedyś najechali na nią kosmici i teraz wygląda ona trochę nie do poznania, ponieważ ma na sobie całą masę ruin. Wszystkie te porozpadane góry cegieł są na ekranie wysokie jak Tatry i bardzo, ale to bardzo widowiskowe  oraz zatrważające. Jednak całe szczęście nie tylko o cegłach jest to film. Bo wystarczy poobserwować tok myślowy reżysera, żeby przekonać się na własnej skórze, jaki to jest zdolny człowiek. Niestety, tylko tyle mogę Was z fabułą poznać, ponieważ bym tu zaczął sprzedawać sporlejry, a tego nie wolno robić ani na blogach, ani nigdzie. Powiem więc tylko, że jeśli nie da się więcej napisać, to znaczy, że film ma wiele zaskoczeń i multum zagadek do rozstrzygnięcia. Hura. Każdy przecież inteligentny kinoman lubi, że się go zaskakuje co i raz. A jak jeszcze się okazuje, że Bruce Willis jest duchem, to nic, tylko brać nogi pod pachy i pędzić do kina!

A teraz przygotowałem dla Was niespodziankę. Uwaga, jesteście gotowi? Otóż, w "Oblivion" filmie kinowym "Niepamięć" mamy bardzo mocny akcent z Polski. A nawet dwa! Pierwszym jest, że reżyser nazywa się Joseph Kosinski. Jak się pewnie domyślacie, myślę że prawdopodobnie może on mieć jakieś pochodzenie z Polski. Może jego pradziadowie albo ciotki urodzili się dajmy na to w takim Kutnie. Kto wie. Także proszę, kolejny nasz zdolny rodak robi porządną karierę w Hollywood. Na pewno bardzo by się ucieszył, gdyby mógł dostać chociaż jedną malutką nominację do Złotych Orłów, na przykład za najlepsze efekty specjalne. Ale to musimy poczekać i zobaczyć, czy uznają filmowcy w Polsce, że zasłużył. Drugim silnym akcentem z naszego kraju jest aktorka, która gra i nazywa się Olga Kurylenko. Urodziła się ona kiedyś w państwie o nazwie jak rower naszych dziadków, czyli Ukraina. I teraz zagadka. Ma Ukraina bardzo długą granicę z jakim krajem? Właśnie z nami, z Polską! Jesteśmy więc bardzo ucieszeni, że w Hollywood ciągle jest bardzo wielu Polaków, którzy przysparzają nam sławy na całym świecie i robią nas, że jesteśmy nie byle jakieś tam gęsi, tylko po prostu dobrzy profesjonaliści od kina za ciężkie pieniądze. Brawo Olga Kurylenko! Brawo Józef Kosiński!

A zdjęcia wziąłem z Internetu. 

Tagi: oblivion
13:56, kukok
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15