luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
wtorek, 31 grudnia 2013
rok 2013 w Polsce i w Hollywood

A teraz proszę bardzo, oto napisałem osobistą kolekcję wydarzeń, na które zwróciłem najmocniejszą uwagę w roku, który właśnie umarł - 2013. Uważam, że na pewno coś tam pominąłem, no ale mówi się, iż trudno. Nie jestem przecież jakimś wielkim jak Jowisz albo Saturn komputerem. Zresztą, jaką mamy wszyscy pamięć, wie dobrze każdy, kto zapomniał kiedyś kupić bilet na autobus i dostał mandat. Zatem uwaga, prezentuje różne wydarzenia, najczęściej ciekawe i raczej datami nie po kolei:

- film kinowy "Wałęsa. Człowiek z nadziei" zostaje zgłoszony, że ma dostać pierwszego w światowej historii Oscara dla filmu polskiego, 

- można obejrzeć na wielu ekranach film kinowy "Sęp", który powinien nazywać się raczej "Kuropatwa", albo "Gil", taka jest prawda,

- Steven Soderbergh mówi do kamery, iż nie będzie już robić nam filmów kinowych i koniec dyskusji! Jednak dla HBO, to zrobi tego całego "Wielkiego Liberace", ale pod warunkiem, że w Europie pokażą go w kinach,

- Angelina Jolie czyni przepiękną rzecz, którą każdy porządny kinoman by jej się nie spodziewał, iż ją zrobi. Można? Można, brawo! 

- film kinowy "Wałęsa. Człowiek z nadziei" jednak nie dostanie pierwszego w historii Oscara dla filmu polskiego, ale i tak jest sukces, ponieważ było blisko o włos tylko,

- do Polski przylatuje słynny Kevin Spacey, któremu każdy porządny kinoman chciałby potrzymać przez chwilę dłoń albo chociaż głowę na swoich udach,

- w Internecie pokazują zdjęcie bardzo niewyspanego Andrzej Chyry,

- TVP znowu nie upubliczniła na żywo, jak aktorzy i aktorki płaczą, gdyż dostali Oscara,

- oglądam najlepszy film kinowy roku 2013 pt. "Nebraska". Nie wiadomo jeszcze, kiedy pokażą nam go w polskich kinach. A może nie pokażą i trzeba będzie go ściągać?

- następuje premiera wielkiej jak kosmos "Grawitacji". Widzieli ją już raczej dosłownie wszyscy, a ona ciągle w kinach leci i leci. Ciągle i ciągle. Ach, cóż to za filmisko! Przy "Grawitacji" dziesięć razy droższy "Hobbit..." to zwykłe filmiątko spod ogona jakiejś mokrej sroki, 

- kręcą "Miasto 44", czyli pierwszy porządny film o powstaniu warszawskim, na który czekam jak na "Grawitację" czekałem. Hura!

 

czwartek, 19 grudnia 2013
"Hobbit: Pustkowie Smauga"

Dzień dobry. Obecnie zajmę się rzeczą, którą każdy porządny kinoman chciałby znać od wieków, czyli jaki właściwie jest ten cały film kinowy pt. "Hobbit: Pustkowie Smauga"? Czy jest on ciekawy, jak nie wiadomo co? Czy występuje w nim smok, o którym nie mieliśmy zielonego pojęcia, że istnieje? Oraz pytanie najważniejsze pod słońcem: Na ile gwiazdek "Hobbita..." opiewam? Więc, po kolei.

Pierwsza, główna rzecz, którą chciałbym wszystkim uprzytomnić brzmi, że film jest długi na prawie trzy godziny. Kiedy tak siedziałem w kinie, to myślałem sobie w wolnych chwilach: "Całe szczęście, że nie kupiłem Coca-Coli, albowiem musiałbym w końcu iść do toalety, czyli kompletnie bym stracił jakiś ważny fragment". A jest ich dosłownie wiele! Przez cały bowiem czas bohaterowie idą i idą, a to znaczy, że wszystko się zmienia jak w jakimś pieruńskim kalejdoskopie, albo jak niektóre osoby rękawiczki, na przykład nimfomanki. Więc idą i idą, przechodzą przez różne niebezpieczeństwa, najczęściej rozmaite, z pająkami wielkimi jak arbuzy-mutanty włącznie. A jak nie idą, to płyną beczkami, co jest w sumie trochę identyczną kopią "Dzikiej rzeki" z Meryl Streep, jak się tak mocno przyjrzeć. Tylko nie ma Kevina Bacona. Ale generalnie, to używają nóg i stóp. Szczerze? Przez to, że oni tak idą i idą od pierwszej jakby nie było części rok temu, to zapomniałem już dokąd właściwie chcą dojść. Sobie myślałem w kinie: "Może do domu?". Cóż, będę musiał cierpliwie poczekać kolejny rok na część trzecią. Wtedy po prostu ten ich cały cel naocznie zobaczę.

Druga, główna rzecz: dubbing, czyli że wszyscy mówią po polsku. Możemy w "Hobbicie..." usłyszeć na własne uszy, jaki piękny język mamy i jaka szkoda, że nie możemy już chodzić do szkoły na lekcje języka polskiego. Ach, jak niesłychanie chętnie poomawiałbym z nauczycielką przykładowe lektury, które tkwią w naszym kanonie! No cóż, mówi się, że trudno i że nie można mieć wszystkiego, co się sobie ot chce. Zatem polscy aktorzy wymawiają swoje teksty wyraźnie, z jakby chrypą i prawdopodobnie schodzą głosem najniżej jak potrafią. A aktorki, to niestety jest ich za mało, żeby postwierdzać, więc powiem tylko, że mówią raczej ładnie. Sumując, dzięki temu wszystkiemu rozumiemy każde słowo tak porządnie, jakby w "Hobbicie..." czytała na raz cała masa lektorów! Szczerze? Wyznaję preferencję, iż wolę napisy, ale jak mam pod jakąś straszną groźbą wybierać: albo napisy, albo cała masa lektorów na raz, to stawiam na lektorów. Chciałbym jeszcze dodać ciekawą uwagę o tłumaczeniu, że najmocniej przypadło mi do gustu zdanie, kiedy jeden facet krzyczy do ogromnego jak Pałac Kultury smoka: "Ty stara gnido!". Uważam, że prawdopodobnie pójdę do kina jeszcze raz i nagram to na komórkę, że dzwonek czy budzik, sam jeszcze nie wiem.

No i teraz rzecz najbardziej ważna: Na ile gwiazdek opiewam film kinowy pt. "Hobbit, że Pustkowie Smauga"? Na początku stwierdziłem, iż dam jedną, za pierwszą część, ale zaraz do mnie wszyscy zadzwonili, że jak to jedną?! Daj więcej, nie bądź gnida, przecież idą Święta, śniegu jak kot napłakał, tylko deszczyk, to chociaż w Internecie będą gwiazdki. Dobrze, więc proszę: *********************************************

Dzięki temu, jeśli na Wigilię będzie ciągle goła ziemia, to wejdą sobie Państwo na mojego bloga i pięknie popatrzą na śnieżne gwiazdki. Wtedy w ten najładniejszy wieczór w roku będziemy razem. Smacznego karpa!

PS. Chciałbym jeszcze dodać coś ciekawego, że w "Hobbicie..." występują orzechy włoskie. Kto je znajdzie na ekranie, ten jest bardzo uważny i zazdroszczę mu oczu.

poniedziałek, 16 grudnia 2013
Oldboy. Zemsta jest cierpliwa

Dzień dobry. Szczerze? Dziś z przyjemnością zajmę się interesującym pisaniem o filmie kinowym pt. "Oldboy. Zemsta jest cierpliwa". Byłem na nim wczoraj, ponieważ wykorzystałem, że ogłoszono Święto Kina za 11 złotych bilet. Postanowiłem więc z całej siły kuć żelazo, póki jeszcze miękkie i po napisach od razu pobiegłem na następny film kinowy, ogromnie kolorowy i bardzo błyszczący pt. "Wielki Liberace". Taki to był w sumie "Wielki Gatsby", tylko że mniejszy. Dobrze, czyli przechodzimy teraz, iż omawiam nowego "Oldboy'a". Otóż niech mnie diabli porwą, jeżeli napiszę, że mi się podobał! Bo mi się nie podobał. Pewnie teraz sobie Państwo myślą: "Hm, ciekawe dlaczego mu się nie podobał? Już nie mogę się doczekać, aż się dowiem". Oczywiście, mam swoje całkiem bezlitosne powody. Sam w końcu nienawidzę, kiedy ktoś ocenia filmy kinowe poprzez pryzmat, czy jest on dobry, a może zły, i nie daje na to kompletnie żadnego powodu. A wszystko przecież ma swój porządny powód. Dobrze, nie przedłużam dłużej, tylko się dzielę, o co mi chodzi.

Po pierwsze, ośmiornica. Kiedy sięgam pamięcią w głąb lat do wtedy, kiedy oglądałem "Oldboy" z Korei, to największe przerażenie dała mi scena o ośmiornicy z całej siły zamykającej gardło człowiekowi-aktorowi. Tak się w to wciągnąłem, że poczytałem później wiele książek o innych morderczych zwierzętach. Wynotowałem np. że więcej ludzi morduje w swoim życiu jedna meduza z Australii, niż jeden rekin z Ameryki. Albo że najbardziej niebezpiecznym owocem na świecie nie jest wilcza jagoda albo pokrzywa, tylko kokos, który jak się pod nim leży przy palmie, to potrafi kompletnie bez powodu się zerwać i dosłownie spaść! A co wtedy może nam się stać z mózgiem? Jedna miazga z marmoladą, taka jest prawda. Albo na przykład niedźwiedź. Strasznie mało Polaków wie, że jak się w Tatrach przechadza jakąś górą i nagle goni nas niedźwiedź, to co robimy? Oczywiście, że uciekamy, no ale gdzie? Przecież nie na sosnę, bo się do krwi podrapiemy o igły. Na dół pędzimy z górki! Niedźwiedź ma z przodu krótkie łapy i się do cna poplącze i sturla aż na dno doliny. I o tym powinni uczyć w szkole, a nie ciągle te opisy przyrody z "Nad Niemnem", w których nie występuje nawet jedna głupia mucha! Tak jak w nowym "Oldboy'u". Gdzie jest ja się pytam, przynajmniej jedna głupia ośmiornica? Odpowiedź zaraz pod zdjęciem, które jak ktoś mu się mocno przyjrzy, to też dostanie wyjaśnienie zagadki.

Ośmiornica w nowym "Oldboy'u" jest w akwarium! A jej przecież miejsce w tym filmie powinno być gdzie indziej, przede wszystkim w gardle gdzie morduje lub chociaż na stole, lub na szafce. Ale nie w akwarium, litości! Tam, to sobie może hasać rybka albo roślinka. Albo ślimak. Eh. I tak to jest z tymi amerykańskimi przeróbkami, niby krew się leje jak z cebra, ale jak trzeba po męsku pokazać mózgową miazgę, to dają ośmiornicę za szkłem, jak w muzeum. Nawet nie wiadomo, czy ta ośmiornica jest prawdziwa czy sterowana sztucznie, bo widzimy ją od dołu przyklejoną do szyby, jak sobie rozkraczona na wszystkie strony świata smacznie śpi. Spać, to sobie może stary niedźwiedź panie Spike'u Lee. Przynajmniej straszny. Do widzenia.

P.S. Poza tym ta cała ośmiornica, to może być zwykła, wyrzeźbiona guma. 

 

Tagi: Oldboy
14:22, kukok
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 grudnia 2013
Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia

Szczerze? Darzę wzajemnym szacunkiem taki filmy, jak "Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia". Robię to dlatego, że lubię je wszystkie dokładnie oglądać. Znam już ich w sumie tyle, iż kiedy jestem w kinie na jakimś następnym, to jest on dla mnie niczym ryba w wodzie. Dosłownie. Dlatego nie będę teraz się nigdzie szczypać,  tylko walnę wszystko jak prosto z mostu o nowym filmie kinowym, który opowiada nam piękną historię z potężną wojowniczką zaklętą w zwykłe ciało, co jakby postawić je obok tam kogoś, to by się nawet nie zauważyło, tylko przeszło do sklepu, albo na jakiś spacer. Czy coś Państwu ta sytuacja przypomina? Oczywiście, że Meryl Streep przypomina Państwu ta sytuacja. Ona też kiedyś była nie do zauważenia przez nauczycieli w szkole albo kolegów na korytarzu, a teraz proszę, jaka dama nam wyrosła. Dama nad damami! Zapraszam teraz do oglądnięcia zdjęcia, a jeżeli ktoś nie ma czasu, to niech go wcale nie zauważa, tylko czyta sobie dalej.

Zdjęcie było ciekawe, kto go nie zauważył, niech żałuje. Ale spokojna głowa, będzie jeszcze jedno, tylko trzeba trochę wcześniej poczytać. Zatem te całe "Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia". Szczerze? Uważam, że jest to jedna z najlepszych drugich części w życiu na świecie. Były już czasem takie, to prawda, ale znowuż nie są one jakimś tam chlebem powszednim, tylko prawdziwym, drogim ciastkiem. Na przykład zrobiłbym porównanie do drożdżówki z kawałkami jagód, które to owoce w danym roku mają nieurodzaj i są drogie albo wcale. Dlatego apeluję, że doceniajmy. Mamy w tym pięknym obrazie znakomite osobowości z ogromnego świata aktorów, że podam następujące imiona i nazwiska: Woody Harrelson, Philip Seymour Hoffman, Stanley Tucci, Donald Sutherland oraz inni. Możemy sobie również dokładnie popatrzeć na znakomitą osobowość ze świata o muzyce, czyli Lenny Kravitz. Co bardzo ciekawe, moją uwagę zwrócił w filmie na siebie pociąg - jeździ on szybko, ma czyste okna i nie staje w bezludnym polu. Chciałbym takim pojechać do domu na Święta. Albo z domu, jak będę wracać ze Świąt. Jednak jeżeli ktoś nienawidzi zimy jak jakiegoś psa, to niech wie, że w "Igrzyskach śmierci..." występują również błękitna woda oraz palmy, pod którymi wspaniale jest leżeć. Tylko trzeba mocno uważać na kokosy, jak taki bowiem spadnie, to może z łatwością złamać nam coś, w zależności gdzie uderzy. Często kokosy łamią ludziom głowy. Komu spadł, ten dobrze wie.  A teraz zdjęcie.

I już z powrotem, witam pod ostatnim zdjęciem, powoli zbliżamy się do końca tej srecenzji. Pozostało mi tylko napisać coś jeszcze, a potem serdecznie zdradzę na ile gwiazdek opiewam ten film. Z kolei wydaje mi się, że temat wyczerpałem już do dna, dlatego resztę srecenzji pominę milczeniem i ładnie dodam, że drugie "Igrzyska śmierci..." uważam za przeze mnie opiewane na jakieś trzy gwiazdki: ***. Do widzenia. 



poniedziałek, 02 grudnia 2013
Camerimage 2013

Dzień dobry. Dziś dla wyjątku obrobię temat festiwalu, na którym każdy może znaleźć coś dla siebie, a już najbardziej, jeśli umie trzymać ciężką kamerę. Pewnie byle głupi wie, że chodzi mi o Camerimage, co jest przecież w tytule, a i wyraz "kamera" w poprzednim zdaniu wyraźnie podpowiada ten temat. Szczerze? Poocierałem się w Bydgoszczy o całe multum różnych gwiazd. Pod koniec festiwalu aż miałem na niektórych ubraniach niezłe dziury od tarcia. Jednak dziur tych nie będę cerować, albowiem mają one dla mnie wielką wartość wewnętrzną, a pewnie i zarobię na nich niemało. Np. sweter z dziurami od ocierania się w tłumie o Ricka Cartera, słynnego człowieka, co ma 2 Oscary ze scenografie do "Avatara" i "Lincolna" oraz zrobił ogromną masę filmów, które zna każdy, a jak nie zna, to niech się porządnie wstydzi: film o dinozaurach, o dziurze w brzuchu albo o słynnym samochodzie, co w pierwszym scenariuszu był lodówką (ten, kto to zgadnie, jest całkiem, całkiem). Uważam, że sweter ten pójdzie za jakieś 199,99 zł., ale będę usiłować za drożej.

Słyszałem również różne plotki z pierwszych ust że Brad Pitt coś tam, i żona jego też, albo że Michael Fassbender coś innego, albo Eva Mendes, czy Ryan Gosling Jr. Niestety obiecałem, że nikomu nie powiem, więc nie powiem, czyli muszą się Państwo smacznie objeść smakiem. Zdradzę tylko na deser, że łatwo to te całe gwiazdy wcale nie mają. Proszę mi uwierzyć, nie ma im czego zazdrościć.

Widziałem również Johna Turturro oraz że Andrzej Chyra był niewyspany. Dobra, to teraz żaba i dalej napiszę, jakie filmy festiwalowe leciały na Camerimage 2013.

"Nebraska" - świeży jak ciepły pączek z wiśnią film Alexandra Payne'a, co skręcił kiedyś bardzo ważnych "Spadkobierców" i "Bezdroża", jakby ktoś nie wiedział. Jest "Nebraska" i do śmiechu, i nie do śmiechu, ma czarno-białe kolory i opiewam go na najwyższą ocenę z 4 gwiazdkami ****. Takiego grania aktorskiego, to nie widziałem sam nie wiem od kiedy, a dialogów takich to nie słyszałem też od sam nie wiem kiedy. Ludzie w Polsce też nie wiadomo kiedy to wszystko usłyszą i zobaczą, bo nasi dystrybutorzy sami nic nie wiedzą. 

"All Is Lost" - film o człowieku i jego jachcie, którzy dzielnie walczą z tragiczną burzą, z wodnymi falami wielkimi jak arbuzy i że nikogo nie ma na pomoc, bo to w końcu środek oceanu. Człowieka gra tutaj nie byle kto, bo sam najsłynniejszy na świecie Robert Redford. Reżyser nazywa się J.C.Chandor i przepięknie zrobił wcześniej "Margin Call", który warto oglądać naprawdę w kółko, gdyż w Polsce będzie można zobaczyć "All Is Lost" nie wiadomo kiedy.

"Dallas Buyers Club" - u nas w kinach od 14 marca. Hura! Gra tutaj bardzo chudy i chory Matthew McConaughey, który jest do istnego niepoznania. Kto jednak myśli, że będzie w kinie płakać jak bóbr, to niech się nie zaskoczy, bo właśnie że nie będzie! Za to będzie robić co innego, np. zatychać dech z tych całych nerwów albo śmiać się w głos. Albo wyjdzie z kina, jak się nie zna na filmach. Daję więc piękne 3 gwiazdki, proszę: ***.

"12 Years a Slave" - polski tytuł, jak sama nazwa wskazuje, to "Zniewolony". Trzy gwiazdki proszę bardzo: ***. U nas w kinach już 31 stycznia. Jest to kompletnie najnowszy film Steve'a McQueena, tego od "Wstydu" i "Głodu" i powiem Wam, że na nim to można sporo płakać, i to łzami szerokimi jak rzeka Wisła. Dlatego chusteczysko jest w posiadaniu bardzo ważne oraz przynajmniej jedno butelcisko wody, co by nie wywodnić oczęt i nie ususzyć ich na Saharę.

A teraz najwyższy czas na zdjęcie z "Nebraski", zapraszam do popatrzenia na nie.

Pani w środku, aktorka June Squibb jest w "Nebrasce" taka, że aż nie wiem, jak to napisać. Uważam, iż gdybym miał wtyki, dawałbym jej co roku Oscara.

"Inside Llewyn Davis" - u nas ten gitarowy film ma tytuł, jak pewnie każdy głupi już wie: "Co jest grane, Davis?". Zrobili go bracia Coen i powiem tak: może to być przebój, a może nie być, nie wiadomo. Jak ktoś lubi takie filmy, to się spodoba, a jak ktoś nie lubi, to się nie spodoba. Ja tam daję mu 3 gwiazdki, bo mi się podoba, proszę: ***.

I to by było na tyle, prawda? Inne filmy również były fajne, no ale bez przesady, nie będę o nich od razu wszystkich pisać. Dodam tylko bardzo ciekawe zdanie na koniec, iż Hanna Lis jak prowadziła galę zamykania festiwalu, to miała ładne poczucie humoru. Kto widział, ten wie. Do widzenia.

piątek, 08 listopada 2013
Kapitan Phillips

Dziś zaproponuję nam przepiękny opis, że co mieli na myśli ci, którzy skręcili film kinowy o premierze aktualnej pt. "Kapitan Phillips". Pewnie każdy, kto ma choć trochę świeżego oleju w głowie albo potrafi używać Google'a wie, iż jest to przaśna opowieść jakby nie było piracka. Ale pewnie nie wszyscy stwierdzili tak już od razu hop siup, że zrobiono tutaj jeden wyraźny wyjątek: zamiast żagli i armat występują na ekranie ropna benzyna oraz nowoczesne rzeczy znane i mniej znane. Taka popularna ostatnio zabawa w Hollywood: nowe, a jednak stare. Stare, a jednak nowe. Jeśli niektórzy się teraz zmartwili, to mam dla nich super pocieszenie. Gdyż jak tylko się zamknie w kinie oczy (albo oko, jeżeli ktoś ma jedno), to da się wyczuć, że w sumie na ekranie są i żagle i piraci z hakiem i statki Kolumba albo nawet Arka Noego. Także głowa do góry i bez marudzenia! Jednak to nie o tym chciałem dzisiaj pisać, ale o czymś kompletnie odmiennym. O czym? Dowiedzą się Państwo zaraz pod zdjęciem.

Witam Państwa pod zdjęciem, czyli uwaga, zaczynam właściwą treść. W zwykłym skrócie: "Kapitan Phillips" jest to film kinowy o tym, że Tom Hanks daje radę. Jak on ją daje i czy daje do samiutkiego końca, to już trzeba zakupić bilecik i obejrzeć na własne oczęta. Ja się tylko oprę o taki zarys, co już był w trailerach i każdy go raczej wie. Poza tym, ta przecież historia jest jak najbardziej autentyczna, więc jeżeli czyta mnie jakieś ciekawe jajo, to niech sobie w gazetach poczyta zakończenie i da mi święty spokój! A zatem, co mieli na swojej myśli filmowcy? Otóż, moim tutaj zdaniem wielką metaforę. Być może największą od jakiegoś czasu w historii kinematografii. Weźmy statek, tak naprawdę jest on przecież nie jakimś głupim statkiem, ale przykładowym ciałem człowieka, np. gładkiego jak ma Megan Fox, albo ze zmarchami, czyli że Cher, która skrzętnie to przed nami ukrywa. Oj skrzętnie. Ale my swoje wiemy, prawda? Młodość nie trwa tysiąc lat, pani Cher, a dwa razy na świecie nic nie ma, każda polska babcia to wie. Zatem statek = ciało. Kto są więc ci wszyscy piraci? Dowiedzą się Państwo dopiero pod następnym zdjęciem.

Są więc Państwo pod następnym zdjęciem, piraci to są bakterie i wirusy, co powodują śmiertelnie poważne choroby. Atakują one statek, że tak naprawdę jest aktualna jesień i człowiek o ciele, jak ten statek jest smaczną pożywką dla grypy, ospy, złamania nogi oraz innych, bardzo teraz modnych zakażeń. I tak jak piraci, tak i nasze bakterie mają swoje potrzeby. Z kolei ocean, to nic innego jak człowiecze życie, taka jest prawda. Słona woda chlupocze w oceanie, a życie jak ocean, pełne jest soli. Tak. A odważny kapitan Tom Hanks, to w rzeczywistości zwykła tabletka. Zatem "Kapitan Phillips" jest filmem kinowym nie z akcją morską, ale o walce człowieka z chorobą za pomocą tabletki. Czy Tom Hanks ją przegra, jak w "Philadelphii", czy wygra jak nigdzie indziej? Wiem, ale nie powiem. Do widzenia.

P.S. Natomiast dźwięk opiewam w tym filmie na maksymalną notę o czterech gwiazdkach: *,*,*,*.

piątek, 01 listopada 2013
Wspominamy tych, którzy odeszli.

- Ej, czopie - mówi Sok z Żuka.

- Dzień dobry panu - odpowiada Heath Ledger.

- Sok z Żuka jestem, a Ty?

- Bardzo mi miło. Ja nazywam się Heath Ledger.

- Masz ty może mleczko w tubce słodzone, zagęszczone?

- Niestety nie posiadam.

- A oranżadkie w proszku?

- Aktualnie już ją spożyłem, przykro mi.

- A na przedmieściu domek, a w domku wodę światło gaz?

- Tutaj również muszę odpowiedzieć za pomocą przeczenia.

- A co ty masz? 

- Why don’t you give me a call when you want to start taking things a little more seriously? Here’s my card.

środa, 30 października 2013
mini-srecenzje polskich filmów tej jesieni

Dzień dobry. Dziś zrobię bardzo interesujący wyjątek, gdyż napiszę srecenzję z główną cechą, że jest zbiorcza. Widziałem ostatnio całe mnóstwo polskich filmów kinowych i gdyby tylko nie obrodziło teraz festiwalami, jak grzybami, to bym napisał każdego filmu srecenzję odosobnioną. Kto ma inteligentny mózg, temu mocno już świta, że następuje teraz u mnie czas wielkiego ruchu. Albowiem krytyk od filmów kinowych nie zjada prostej jak drut bułki z masłem, ale wielką jak dynia - mutant pajdę chlebiska. I to codziennie! Taka jest prawda. Całe szczęście mogę na tych festiwalach trochę się poocierać o różne gorące gwiazdy. A jakie gwiazdy zostały przeze mnie poocierane, to zrobię ich długą listę w następnej, albo jeszcze następnej srecenzji, jak się trochę to wszystko uspokoi. Więc przechodzimy do mini-srecenzji. Robię je według zasad z alfabetu:

"Ambassada" - najświeższa rzecz od Juliusza Machulskiego. Każdy kto kocha kino zna piękne filmy tego reżysera. I to na pamięć. Niektóre z nich to były po prostu, że ekran lizać! Na przykład "Vabank". Albo "Kiler". Albo "Kingsajz". Albo "Superprodukcja", jak Anna Przybylska idzie sobie korytarzem w fabryce filmów i nagle widzi akwarium i krzyczy: "Żywe ryby!". Albo w "Seksmisji" jak kobiety płaczą, że to wszystko to przecież jest istna Puszka Pandora! Niczym sławna planeta w "Avatarze". Uważam, że Cameron ją zgapił od Machulskiego.

"Chce się żyć" - szczerze? Trochę się popłakałem na tym filmie kinowym i w sumie to nie mogłem dokładnie zobaczyć ekranu, bo ciągle mi z oczu leciało i leciało prosto na dół, czy czasem na bok, jeśli trzymałem głowę inaczej niż prosto. Czyli nie do końca mogę tutaj coś napisać. Ale za to bardzo dokładnie słyszałem muzykę. Jest ona ładna, ma dużo nut, nawet zaobserwowałem w niej miłe gwizdanie, czyli koniecznie warto ją sobie czasem zapodać a to tu, a to siam. Ja już jej słuchać zacząłem, a Ty? 

"Ida" - a więc tak, przede wszystkim, to Agata Kulesza je tutaj chleb z cukrem, tak samo jak Agnieszka Grochowska robi dzieciom taką kanapkę w "Wałęsie...". Kto od kogo zgapił, pewnie się już nigdy nie dowiemy, a powinniśmy. Po drugie, nastąpiła w "Idzie" straszna marnacja taśmy. Co chwila widzimy na dole ekranu jakąś głowę, np. Dawida Ogrodnika, a nad jego włosami długo długo nic! Może jakaś chmura albo smutny żyrandol, ale rzadko, a jak już, to tylko skromny skrawek. Apeluję więc pytaniem do twórców: Czy na kostiumy nikt nie chciał dać pieniędzy, że tylko głowy widać? Czy co? Ale, że obraz był prawie kwadratowy, to uwielbiam. Każdy przecież wie, że kształt kwadratu jest prosty i czyściutki, co dało owoc taki, że na ekranie był nareszcie jakiś porządek. Brawo!

"Papusza" - no nie wiem, nie wiem, jak ja widzę, że wielkim krajobrazem idą daleko ludzie po prawej stronie ekranu i zaczynają skręcać i muszą dojść do lewej strony, to przecież od razu przestaje mi się chcieć czekać, aż dojdą. Tyle to trwało, że zdążyłem zrobić sobie w głowie grę i zabawę o tym, jakie były horrory o zwierzętach. Wyliczyłem takie: "Kleszcze", "Żaby", "Wążżż...", "Ptaki", "Mordercze ryjówki", "Szczęki", "Rój", "Mordercze komary", "Cujo" i "Wilczyca". Pewnie jest dużo więcej, ale na "Wilczycy" doszli już do lewej strony.

"Płynące wieżowce" - kompletnie na odwrót od tytułu, nie jest to film o budynkach czy straży pożarnej jak w "Ognistym podmuchu". Ale o pływaniu już tak. Poza tym jest też trochę o miłości shomoseksualizowanej i o miłości z kobietą, jest samochód, tapeta z motylami, bójka chuliganów oraz inne ciekawe rzeczy, także prawdopodobnie każdy znajdzie w tym filmie kinowym coś dla siebie samego.  

"W ukryciu" - tyle pieniędzy tracą reżyserzy. Tyle! W "Idzie" robili marnację taśmy, a tutaj z kolei dźwięku. Bo dajmy na to, aktorka mówi zdanie, prawda? To druga tak od razu jej nie odpowie, tylko najpierw musi pomyśleć, a my na tym myśleniu słyszymy po prostu wielkie nic. A kiedy łaskawie w końcu coś tam sobie mówi, to ta pierwsza zanim jej w głos odpowie, też zaczyna myśleć. I tak w koło Macieja. I po co, ja się pytam? Że co, że niby głuchy jestem?

Opisałem zatem, jak nam wygląda polskie kino na ekranach w tą jesień o brązowych, suchych, martwych liściach pod drzewami. Sami więc Państwo dobrze już widzą, że jakoś tam wygląda i chyba można je uznać za pierwszą jaskółkę na drodze do wiosny, kiedy będziemy kręcić porządne, jak dawno temu filmy. I to pomimo, że zmarznięta zima dopiero przed nami. No, ale to już nie że metafora, tylko pora roku zwykła, taka w kalendarzu. Do widzenia. 



środa, 09 października 2013
Grawitacja

Szczerze? Uważam, że "Grawitacja" jest to film kinowy, o którym będzie się mówić i mówić. Kto w sumie wie, może kiedy nas już nie będzie, to będzie się dalej o nim mówić? A może nawet nasze dzieci oraz wnuki ich wnuków będą dalej mówić o "Grawitacji"? Ale po kolei. Po pierwsze, jest to film, który pokazuje na własne oczy, że Ziemia, nasza cztero-i-półmiliardoletnia Matka, nie jest znowuż jakąś tam planetką, pyłkiem nijakim o kształcie porzeczki, ale wielką jak dynia kulą, którą choćbyś nie wiem jak się wytężał, to nie obejmiesz prostym rzutem oka. Jest ona również bardzo kolorowa, ma ładne kształty z oceanami włącznie, a w nocy to światełek błyszczy na niej tyle, co na ogromnej stodole łat. Taka jest prawda. Po drugie, kosmos. Jeśli chcesz się bać kosmosu, że nic w nim nie ma, tylko tępe cicho i smolna ciemność, to właśnie tak będzie w kinie na "Grawitacji". Te dwie rzeczy są wdzięczną zasługą pań i panów od dźwięku oraz Emmanuela Lubezki, pana od kamerowych zdjęć. Chylę czoła prosto na jego stopy. I to do samej Ziemi. A teraz coś o Sandrze Bullock, na której stopy i uda i pępek też chylę czoła.

Na świecie żyją między innymi ludźmi dwie wielkie aktorki, w tym jedna wysoka. Ta niższa nazywa się Sandra Bullock i jej mama jest sławną operową śpiewaczką. Sandra lubi misiowe żelki i ma w przeszłości straszny rozwód, każdy kto kocha kino, to wie. W końcu stoi o tym całe mnóstwo wywiadów. A teraz kto by pomyślał, że taka tam aktorka od jakiegoś kierowania zardzewiałym autobusem, wyląduje w kosmosie? Ja bym nie pomyślał, a przecież sroce spod mokrego ogona nie upadłem i filmów trochę już zjadłem. Także tego. George Clooney też nie gorszy, niby taki lekarz, a tu proszę, jaki bohater. Czyli w sumie, oboje mają porządny talent do grania. I całe szczęście, bo inaczej na "Grawitacji" byśmy patrzyli tylko na chmury, latające śruby i polarne zorze w kolorze rosy na dziewiczej trawie. Nie podobało mi się tylko, że na końcu zrobili z Sandry pomnik jak Statua Wolności (i to nie jest spoiler, bo kto nie widział, ten nie wie o co chodzi). Rozumiem, że kosmos i Statua musi być. Była w końcu w "Planecie małp" i w "Kosmicznych jajach", no ale do diaska, bez takiej przesady! A teraz kilka porad, jak iść do kina na "Grawitację".


Więc, kiedy już zakupimy nasz piękny bilecik, należy się odpowiednio przygotować na otrzymanie miliona miliardów efekcików specjalnych. Zatem po pierwsze siadamy daleko od przejścia. A to dlatego, że świeci się ono obrzydliwymi światełkami, ble. Rozumiem, że to po to, jakby ktoś chciał się przewrócić. Tylko, że zapominamy, iż na "Grawitacji" mają nam po oczach świecić kosmiczne gwiazdy, a nie schody! To raz. Dwa, w kosmosie mamy przede wszystkim ciszę, kto był, ten wie. Więc żadnych tam popcornów-srornów i naczosów-srosów! Od chrupkiego spożywania jest bar i pub, a nie kino. Jeżeli chcemy się napić Coca-Coli, to z kubka, przez słomkę i bez siorbania. A jeśli już mamy tę puszkę-sruszkę, to otwieramy ją na momencie z morderczymi uderzeniami astronautycznych rzeczy o Sandrę Bullock i George'a Clooney'a. Momentów takich jest znaczne multum, zatem spokojna głowa. Cóż, pozostało mi życzyć ładnego seansu i niech zacytuję głos windy z filmu pt. "Milczenie baranów": Nie pluć, nie rzygać, nie naciskać guzików. Trzy. Dwa. Jeden. Zero. Start!



piątek, 27 września 2013
"W imię", reż. Gosia Szumowska

Dzień dobry. Dzisiaj zajmiemy się omówieniem trudnego tematu, że nie jest tak znowuż łatwo czuć miłość shomoseksualizowaną, kiedy jest się księdzem oraz jak ten temat nas robi. Pewnie w tej chwili różne osoby, co czytają tę tutaj srecenzję krzyczą w głos, że tak nie można, o czym ja piszę, sobie temat wymyśliłem, patrzcie mnie! No, ale ludzie, uspokójmy się. Nie wziąłem sobie tematu z jakiegoś nieba, tylko z kina, gdyż w prawie każdym kinie można dzisiaj kupić bilecik na najświeższy film Gosi Szumowskiej pt. "W imię". Znana ta na całym już chyba świecie reżyserka, a szczególnie europejskim, mocno porusza tym razem właśnie takie tematy, o które niektórzy na mnie dopiero co nakrzyczeli. Jak porusza te tematy? Czy porządnie, czy ładnie, czy z talentem? Dowiedzą się Państwo zaraz pod zdjęciem.


Więc jesteśmy pod zdjęciem, dzień dobry raz jeszcze. Czyli te całe "W imię", odpowiadam na pytania. Otóż Gosia Szumowska porusza trudne tematy bardzo porządnie, z nakręconymi ładnie zdjęciami, oraz z głębokim talentem. Tylko, że "porusza", to właściwie za słabo powiedziane, gdyż ona, to je dosłownie aż momentami szturcha! I bierze tak, i siak, podrzuca i szast-prast proszę, gotowe. Szczerze? I bardzo dobrze, że tak właśnie robi. Dzięki takiej odwadze, prawdopodobnie słowiańskiej, nasze polskie kino stało się znowu, że jest piarne i robi wszystkich ludzi, co by oni chcieli po napisach tylko ze sobą rozmawiać i ze sobą rozmawiać, jak dajmy na to przed godziną podsłuchałem pod najważniejszym polskim kinem takie coś:

- A ten Chyra, to gra jak Chopin na fortepianie!

- Panie, tam Chyra... Reszta jak gra!

- Panie, tam reszta... Jak reżyserka to reżyseruje! To strasznie trudne przecież, taki film zrobić, co jest ksiądz, i ma ten...

- Co ma, co?

A potem zaczynają się tłumnie rodzić różne poważne dyskusje, a jak ktoś będzie miał łutkę szczęścia, to nawet i pięściowa kłótnia mu się wywoła. Jednak nie jest to już taki rwetes, jak dawno temu z filmem "Ksiądz", że ogromne masy ludzi chodziły szerokimi ulicami i krzyczały, że w tej tutaj chwili zamknąć wszystkie kina, bo nas chyba krew zaleje!

No i tak. Jeżeli ktoś nie widział jeszcze filmu kinowego "W imię", to raczej nie ma sobie na co czekać, tylko powinien w te pędy nabyć bilecik, obejrzeć i wziąć szczery udział w jakiejś dyskusji. Gdyż rozmawiać trzeba jak najczęściej, a jak tylko się da, to o rzeczach trudnych. Wtedy mózg pracuje na szybciutkich obrotach i automatycznie robimy się mądrzejsi, sami w sumie nie wiemy, kiedy. Czyli, im więcej takich filmów będzie skręconych, tym dla nas lepiej, Polaków. Do widzenia. 



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15