luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
środa, 30 października 2013
mini-srecenzje polskich filmów tej jesieni

Dzień dobry. Dziś zrobię bardzo interesujący wyjątek, gdyż napiszę srecenzję z główną cechą, że jest zbiorcza. Widziałem ostatnio całe mnóstwo polskich filmów kinowych i gdyby tylko nie obrodziło teraz festiwalami, jak grzybami, to bym napisał każdego filmu srecenzję odosobnioną. Kto ma inteligentny mózg, temu mocno już świta, że następuje teraz u mnie czas wielkiego ruchu. Albowiem krytyk od filmów kinowych nie zjada prostej jak drut bułki z masłem, ale wielką jak dynia - mutant pajdę chlebiska. I to codziennie! Taka jest prawda. Całe szczęście mogę na tych festiwalach trochę się poocierać o różne gorące gwiazdy. A jakie gwiazdy zostały przeze mnie poocierane, to zrobię ich długą listę w następnej, albo jeszcze następnej srecenzji, jak się trochę to wszystko uspokoi. Więc przechodzimy do mini-srecenzji. Robię je według zasad z alfabetu:

"Ambassada" - najświeższa rzecz od Juliusza Machulskiego. Każdy kto kocha kino zna piękne filmy tego reżysera. I to na pamięć. Niektóre z nich to były po prostu, że ekran lizać! Na przykład "Vabank". Albo "Kiler". Albo "Kingsajz". Albo "Superprodukcja", jak Anna Przybylska idzie sobie korytarzem w fabryce filmów i nagle widzi akwarium i krzyczy: "Żywe ryby!". Albo w "Seksmisji" jak kobiety płaczą, że to wszystko to przecież jest istna Puszka Pandora! Niczym sławna planeta w "Avatarze". Uważam, że Cameron ją zgapił od Machulskiego.

"Chce się żyć" - szczerze? Trochę się popłakałem na tym filmie kinowym i w sumie to nie mogłem dokładnie zobaczyć ekranu, bo ciągle mi z oczu leciało i leciało prosto na dół, czy czasem na bok, jeśli trzymałem głowę inaczej niż prosto. Czyli nie do końca mogę tutaj coś napisać. Ale za to bardzo dokładnie słyszałem muzykę. Jest ona ładna, ma dużo nut, nawet zaobserwowałem w niej miłe gwizdanie, czyli koniecznie warto ją sobie czasem zapodać a to tu, a to siam. Ja już jej słuchać zacząłem, a Ty? 

"Ida" - a więc tak, przede wszystkim, to Agata Kulesza je tutaj chleb z cukrem, tak samo jak Agnieszka Grochowska robi dzieciom taką kanapkę w "Wałęsie...". Kto od kogo zgapił, pewnie się już nigdy nie dowiemy, a powinniśmy. Po drugie, nastąpiła w "Idzie" straszna marnacja taśmy. Co chwila widzimy na dole ekranu jakąś głowę, np. Dawida Ogrodnika, a nad jego włosami długo długo nic! Może jakaś chmura albo smutny żyrandol, ale rzadko, a jak już, to tylko skromny skrawek. Apeluję więc pytaniem do twórców: Czy na kostiumy nikt nie chciał dać pieniędzy, że tylko głowy widać? Czy co? Ale, że obraz był prawie kwadratowy, to uwielbiam. Każdy przecież wie, że kształt kwadratu jest prosty i czyściutki, co dało owoc taki, że na ekranie był nareszcie jakiś porządek. Brawo!

"Papusza" - no nie wiem, nie wiem, jak ja widzę, że wielkim krajobrazem idą daleko ludzie po prawej stronie ekranu i zaczynają skręcać i muszą dojść do lewej strony, to przecież od razu przestaje mi się chcieć czekać, aż dojdą. Tyle to trwało, że zdążyłem zrobić sobie w głowie grę i zabawę o tym, jakie były horrory o zwierzętach. Wyliczyłem takie: "Kleszcze", "Żaby", "Wążżż...", "Ptaki", "Mordercze ryjówki", "Szczęki", "Rój", "Mordercze komary", "Cujo" i "Wilczyca". Pewnie jest dużo więcej, ale na "Wilczycy" doszli już do lewej strony.

"Płynące wieżowce" - kompletnie na odwrót od tytułu, nie jest to film o budynkach czy straży pożarnej jak w "Ognistym podmuchu". Ale o pływaniu już tak. Poza tym jest też trochę o miłości shomoseksualizowanej i o miłości z kobietą, jest samochód, tapeta z motylami, bójka chuliganów oraz inne ciekawe rzeczy, także prawdopodobnie każdy znajdzie w tym filmie kinowym coś dla siebie samego.  

"W ukryciu" - tyle pieniędzy tracą reżyserzy. Tyle! W "Idzie" robili marnację taśmy, a tutaj z kolei dźwięku. Bo dajmy na to, aktorka mówi zdanie, prawda? To druga tak od razu jej nie odpowie, tylko najpierw musi pomyśleć, a my na tym myśleniu słyszymy po prostu wielkie nic. A kiedy łaskawie w końcu coś tam sobie mówi, to ta pierwsza zanim jej w głos odpowie, też zaczyna myśleć. I tak w koło Macieja. I po co, ja się pytam? Że co, że niby głuchy jestem?

Opisałem zatem, jak nam wygląda polskie kino na ekranach w tą jesień o brązowych, suchych, martwych liściach pod drzewami. Sami więc Państwo dobrze już widzą, że jakoś tam wygląda i chyba można je uznać za pierwszą jaskółkę na drodze do wiosny, kiedy będziemy kręcić porządne, jak dawno temu filmy. I to pomimo, że zmarznięta zima dopiero przed nami. No, ale to już nie że metafora, tylko pora roku zwykła, taka w kalendarzu. Do widzenia. 



środa, 09 października 2013
Grawitacja

Szczerze? Uważam, że "Grawitacja" jest to film kinowy, o którym będzie się mówić i mówić. Kto w sumie wie, może kiedy nas już nie będzie, to będzie się dalej o nim mówić? A może nawet nasze dzieci oraz wnuki ich wnuków będą dalej mówić o "Grawitacji"? Ale po kolei. Po pierwsze, jest to film, który pokazuje na własne oczy, że Ziemia, nasza cztero-i-półmiliardoletnia Matka, nie jest znowuż jakąś tam planetką, pyłkiem nijakim o kształcie porzeczki, ale wielką jak dynia kulą, którą choćbyś nie wiem jak się wytężał, to nie obejmiesz prostym rzutem oka. Jest ona również bardzo kolorowa, ma ładne kształty z oceanami włącznie, a w nocy to światełek błyszczy na niej tyle, co na ogromnej stodole łat. Taka jest prawda. Po drugie, kosmos. Jeśli chcesz się bać kosmosu, że nic w nim nie ma, tylko tępe cicho i smolna ciemność, to właśnie tak będzie w kinie na "Grawitacji". Te dwie rzeczy są wdzięczną zasługą pań i panów od dźwięku oraz Emmanuela Lubezki, pana od kamerowych zdjęć. Chylę czoła prosto na jego stopy. I to do samej Ziemi. A teraz coś o Sandrze Bullock, na której stopy i uda i pępek też chylę czoła.

Na świecie żyją między innymi ludźmi dwie wielkie aktorki, w tym jedna wysoka. Ta niższa nazywa się Sandra Bullock i jej mama jest sławną operową śpiewaczką. Sandra lubi misiowe żelki i ma w przeszłości straszny rozwód, każdy kto kocha kino, to wie. W końcu stoi o tym całe mnóstwo wywiadów. A teraz kto by pomyślał, że taka tam aktorka od jakiegoś kierowania zardzewiałym autobusem, wyląduje w kosmosie? Ja bym nie pomyślał, a przecież sroce spod mokrego ogona nie upadłem i filmów trochę już zjadłem. Także tego. George Clooney też nie gorszy, niby taki lekarz, a tu proszę, jaki bohater. Czyli w sumie, oboje mają porządny talent do grania. I całe szczęście, bo inaczej na "Grawitacji" byśmy patrzyli tylko na chmury, latające śruby i polarne zorze w kolorze rosy na dziewiczej trawie. Nie podobało mi się tylko, że na końcu zrobili z Sandry pomnik jak Statua Wolności (i to nie jest spoiler, bo kto nie widział, ten nie wie o co chodzi). Rozumiem, że kosmos i Statua musi być. Była w końcu w "Planecie małp" i w "Kosmicznych jajach", no ale do diaska, bez takiej przesady! A teraz kilka porad, jak iść do kina na "Grawitację".


Więc, kiedy już zakupimy nasz piękny bilecik, należy się odpowiednio przygotować na otrzymanie miliona miliardów efekcików specjalnych. Zatem po pierwsze siadamy daleko od przejścia. A to dlatego, że świeci się ono obrzydliwymi światełkami, ble. Rozumiem, że to po to, jakby ktoś chciał się przewrócić. Tylko, że zapominamy, iż na "Grawitacji" mają nam po oczach świecić kosmiczne gwiazdy, a nie schody! To raz. Dwa, w kosmosie mamy przede wszystkim ciszę, kto był, ten wie. Więc żadnych tam popcornów-srornów i naczosów-srosów! Od chrupkiego spożywania jest bar i pub, a nie kino. Jeżeli chcemy się napić Coca-Coli, to z kubka, przez słomkę i bez siorbania. A jeśli już mamy tę puszkę-sruszkę, to otwieramy ją na momencie z morderczymi uderzeniami astronautycznych rzeczy o Sandrę Bullock i George'a Clooney'a. Momentów takich jest znaczne multum, zatem spokojna głowa. Cóż, pozostało mi życzyć ładnego seansu i niech zacytuję głos windy z filmu pt. "Milczenie baranów": Nie pluć, nie rzygać, nie naciskać guzików. Trzy. Dwa. Jeden. Zero. Start!