luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
piątek, 27 września 2013
"W imię", reż. Gosia Szumowska

Dzień dobry. Dzisiaj zajmiemy się omówieniem trudnego tematu, że nie jest tak znowuż łatwo czuć miłość shomoseksualizowaną, kiedy jest się księdzem oraz jak ten temat nas robi. Pewnie w tej chwili różne osoby, co czytają tę tutaj srecenzję krzyczą w głos, że tak nie można, o czym ja piszę, sobie temat wymyśliłem, patrzcie mnie! No, ale ludzie, uspokójmy się. Nie wziąłem sobie tematu z jakiegoś nieba, tylko z kina, gdyż w prawie każdym kinie można dzisiaj kupić bilecik na najświeższy film Gosi Szumowskiej pt. "W imię". Znana ta na całym już chyba świecie reżyserka, a szczególnie europejskim, mocno porusza tym razem właśnie takie tematy, o które niektórzy na mnie dopiero co nakrzyczeli. Jak porusza te tematy? Czy porządnie, czy ładnie, czy z talentem? Dowiedzą się Państwo zaraz pod zdjęciem.


Więc jesteśmy pod zdjęciem, dzień dobry raz jeszcze. Czyli te całe "W imię", odpowiadam na pytania. Otóż Gosia Szumowska porusza trudne tematy bardzo porządnie, z nakręconymi ładnie zdjęciami, oraz z głębokim talentem. Tylko, że "porusza", to właściwie za słabo powiedziane, gdyż ona, to je dosłownie aż momentami szturcha! I bierze tak, i siak, podrzuca i szast-prast proszę, gotowe. Szczerze? I bardzo dobrze, że tak właśnie robi. Dzięki takiej odwadze, prawdopodobnie słowiańskiej, nasze polskie kino stało się znowu, że jest piarne i robi wszystkich ludzi, co by oni chcieli po napisach tylko ze sobą rozmawiać i ze sobą rozmawiać, jak dajmy na to przed godziną podsłuchałem pod najważniejszym polskim kinem takie coś:

- A ten Chyra, to gra jak Chopin na fortepianie!

- Panie, tam Chyra... Reszta jak gra!

- Panie, tam reszta... Jak reżyserka to reżyseruje! To strasznie trudne przecież, taki film zrobić, co jest ksiądz, i ma ten...

- Co ma, co?

A potem zaczynają się tłumnie rodzić różne poważne dyskusje, a jak ktoś będzie miał łutkę szczęścia, to nawet i pięściowa kłótnia mu się wywoła. Jednak nie jest to już taki rwetes, jak dawno temu z filmem "Ksiądz", że ogromne masy ludzi chodziły szerokimi ulicami i krzyczały, że w tej tutaj chwili zamknąć wszystkie kina, bo nas chyba krew zaleje!

No i tak. Jeżeli ktoś nie widział jeszcze filmu kinowego "W imię", to raczej nie ma sobie na co czekać, tylko powinien w te pędy nabyć bilecik, obejrzeć i wziąć szczery udział w jakiejś dyskusji. Gdyż rozmawiać trzeba jak najczęściej, a jak tylko się da, to o rzeczach trudnych. Wtedy mózg pracuje na szybciutkich obrotach i automatycznie robimy się mądrzejsi, sami w sumie nie wiemy, kiedy. Czyli, im więcej takich filmów będzie skręconych, tym dla nas lepiej, Polaków. Do widzenia. 



czwartek, 19 września 2013
Wałęsa. Człowiek z nadziei

Dzień dobry. No i nastąpiła teraz chwila, na którą wszyscy ciurkiem czekali, a najbardziej nikt inny, tylko sam ja. Chwila, że właśnie wybił idealny czas na omówienie filmu kinowego pt. "Wałęsa. Człowiek z nadziei". Szczerze? Nie jest to zgoła jakieś łatwiutkie zadanie, przecież i Lech Wałęsa, i jego żona, a i nawet Andrzej Wajda, wszyscy jeszcze sobie żyją, więc dotykam tutaj mocno tego samego poważnego problemu, co dajmy na to aktorzy, że Robert Więckiewicz albo Agnieszka Grochowska. I wiedzą Państwo co? Kłuje mnie on nieźle. Co innego przecież pisać o filmie dajmy na to pt. "Gandhi", albo go kręcić, jak Gandhi przecież dawno zginął w poważnym zamachu na siebie, to każdy chyba wie. Zatem postaram się być kompletnie ostrożny, ale w tym samym czasie kompletnie szczery. Tym dużo mocniej szczery, bo dopiero co się przecież okazała na światło dzienne informacja, że "Wałęsa. Człowiek z nadziei" ma dostać Oscara. Więc uwaga, zaczynam. Po pierwsze, ma ten film szalenie niewiele różnych rzeczy.

Niby mamy pokazanych całkiem sporo wydarzeń, a to z telewizji, a to z domu, a to skąd tam sobie chcemy. Jednak, jak się tak bliziutko przyjrzeć i poobserwować tok myślowy reżysera oraz innych przykładowych ludzi, np. od kostiumów albo statystów, to się jasno okaże, że cały film jest tak naprawdę tylko o jednym bohaterze, którego wszyscy znamy na całym naszym świecie, Matce Ziemi. Czyli niby tak, a jednak siak. To po pierwsze. Następną rzeczą, na którą warto głęboko spojrzeć jest gra aktorska. I tutaj zrobiono ogromne pole do popisu. To, że wszyscy aktorzy pokazują różne cuda oraz wianki, to jest powiedziane, jakbym sobie policzył do dwóch, w skali od jeden do miliona. A tego, to się po prostu nie da napisać. Ludzie! Ja, to bym chciał, żeby każdy to zobaczył! I Ty, i Ty, i oni, cały świat! Ach, ja już bym to chciał! Niech patrzą i podziwiają wszystkie te Meryle i De Niry i Ale Paciny, niech patrzą. Uważam, że mogę spokojnie wieścić, iż jak tak dalej nam pójdzie gładko, to Hollywood przeniosą do nas, nad naszą miodną Wisłą. STOP! Dosyć już tych wszystkich achów. Nie wszystko jest albowiem w tym filmie zrobione jak po maśle. Taka jest prawda.

Pewnie każdy człowiek ze zdrowym słuchem słyszał, że dziennikarkę Orianę Falacci, co mówi z Lechem Wałęsą, miała zagrać sama słynna i powabna Monica Belucci. Rozmawiano z nią nawet podobno całkiem sporo czasu, a to przez telefon, a to przez Internet. Różne plotki krzyczą, że od napisania umowy dzieliła wszystkich odległość wielkości sikorki bogatki. Jednak nastąpiło w pewnym momencie wielkie niestety i z worka wyszły nici ze słomą. A mogło być tak pięknie. A nie jest. A mogło. Pozostaje nam tylko wzdechnąć głęboko "och..." i poczekać na jakiś zgoła inny polski film z wywiadem i włoską dziennikarką. Kto przecież wie, może następnym razem się zwyczajnie uda?