luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
czwartek, 29 sierpnia 2013
Jobs **

Te całe iPody, to wiedzą Państwo, co takiego? To takiego, że miałem ich w życiu dokładnie dwa. A zauważmy, iż nie żyję znowuż jakoś super długo. Co to, to nie. I te właśnie dwie sztuki w pewnych kompletnie przypadkowych dwóch momentach stały mi się nagle zepsute. Najpierw jeden, potem drugi. Nie wiadomo dlaczego, ani po co. Bo niby po co? A ile orkiestrowej muzyki z filmów kinowych na nich było! Ile!!! Jestem kompletnie stratny z tego powodu aż do teraz, taka jest prawda. Straciłem na przykład piękną orkiestrę Bruce'a Broughtona z filmu kinowego "Brzdąc w opałach" oraz inne muzyczne światy przepięknych dźwięków. No, ale żyć trzeba dalej, rzeki płyną, pisklęta się wykluwają, to i ja wracam na moją szosę, tyle że tym razem stawiam już kroki z pomyślunkiem. Dlatego właśnie zrobiłem potężne postanowienie, że jabłku z dziurką krzyczę prosto w ogonek: NIE! To co miałem zjeść, już dawno zjadłem, rozumiesz?! A ogryzek, żeby draka nie zawrzała, grzecznie odkładam do śmietnika. No, a inni, cóż. W ich palce, co stukają w bieluśkie jak maślanka laptopy, wtrącać się nie mam zamiaru. Koniec, kropka. Myślę, że czas już przejść do surowego omówienia filmu zupełnie nieznanego reżysera z nazwiskiem Joshua Michael Stern o bardzo, ale to bardzo słynnym Stevie Jobsie. Taki to kontrast, kto wie, może nawet ciekawy i coś z niego wynika. Szczerze? Chyba nawet wiem, co.

Chyba. Pewnie wiele osób mogłoby teraz zadzwonić do mnie i wypowiedzieć, że: Nie obchodzi mnie, co z tego wynika. Obchodzi mnie, czy Ashton Kutcher jest aktorem o talencie wielkim jak arbuz, czy malutkim, jak oko Calineczki, i czy Steve'a Jobsa pograł ładnie czy bez kompletnego sensu? Zatem odpowiadam w te pędy. Aktor amerykański Ashton Kutcher zagrał go ani tak, ani tak. Warto tutaj podkreślić, że Kutcher był kiedyś przykładnym mężem Demi Moore. Takiej aktorki, której szkoda, że jest teraz rzadkością na ekranach. Podobno w tych ich całym małżeństwie byli razem tacy, że nawet teraz można garściami brać z nich dokładny przykład. Ale tutaj, to jednak nie potwierdzę, w łóżku z nimi nie spałem. Nocowałem w pokoju gościnnym i nie było nic słychać. Więc, jeżeli chodzi film kinowy "Jobs", to jak to wszystko jest zagrane? Cóż. Szczerze? Nie mnie chyba o to pytać, tak sobie myślę. Co ja właściwie tam wiem o aktorstwie. Prawdopodobnie niewiele. Tyle, co nic. Pewnie chcieliby Państwo teraz wiedzieć, co z tego filmu kinowego ciekawego wynika. Zatem już odpowiadam.

Czasem sobie myślę, że powinienem założyć jakieś kino. Niczym Steve Jobs założył, że robił komputery na światową sławę, a także iPody. W takim przykładowym kinie, jak już by Państwo siedzieli cieplutko i wygodnie w fotelach, to przyszłaby swego rodzaju asystentka i podała herbatę gorącą. Z cukrem, albo bez, kto co tam woli. A potem staję przez Państwem ja i opowiadam, co mniemam o filmie kinowym, który już za momencik się zacznie. Co jest w nim dobrego, kto źle gra, jakie sceny są nudne w razie jakby ktoś chciał iść do toalety i tego typu różne rzeczy. Uważam mój pomysł za bardzo pociągający, prawda? Jak jakiś magnes normalnie! Szczerze? Muszę powiedzieć Państwu prawdę, że jest tutaj jedno: niestety. Ale bowiem mój wewnętrzny reżyser szepcze mi w uchu, iż mam to jeszcze przemyśleć. I prawdopodobnie ma rację. Ciekawe, kto jest moim wewnętrznym reżyserem? Myślę, że jakiś porządny, na przykład... Alfred Hitchcock. Tak, wyraźnie czuję, że to on właśnie. Goodbye.

piątek, 23 sierpnia 2013
Filmy, że je oczekuję: jesień 2013

Dzień dobry. Nie ma ostatnio nic w naszych smutnych kinach, ekrany się nudzą pioruńsko, więc jedyna rzecz, co nam zostaje do roboty, to czekać na wybrudzoną w błocie i upłukaną we łzach jesień, bo wtedy zwykle jest co oglądać. A w tym roku jesień będzie tak bogata w przepiękne filmy kinowe, jak bogata jest w przepiękne wielokolorowe liście, albo w dające łunę znicze na Święto Zmarłych, albo w płynące przez polską przestrzeń krople deszczu, kiedy pada wieczorem za oknami, za górami, za lasami... No, więc pierwszy tytuł, na który już teraz warto kupić bilecik, ale bowiem później może zabraknąć, to:

"All Is Lost" - nie wiadomo jeszcze, kiedy w Polsce zrobią mu premierę, ale niech się w końcu pospieszą, bo przecież wszyscy zaczynają już nieźle czekać. Jest to film, że taka jakby symfonia na jednego aktora, ale czekajcie! Jakiego aktora, jakiego! Samego Roberta Redforda ze złotem zamiast włosów, który płynie małym jachcikiem, łupinką orzeszka przez gigantyczny ocean i pewnego razu spotyka burzę wielką, ogromną jak nie wiem co, jak Piankowy Marynarzyk z "Pogromców duchów". I co z nią robi? Walczy, żeby żyć po prostu. Żyć.

"Carrie" - nie trzeba mieć żadnego ptasiego rozumu, żeby wiedzieć, iż ten film kinowy już raz zrobiono, i to zupełnie porządnie. No, ale nowe czasy, nowe tysiąc lat, nowa młodzież, to nowa Carrie też musi być. Reżyserką została nie byle jaka kobieta spod sroki, tylko sławna Kimberly Peirce, ta od "Boys Don't Cry". A modlitewną matkę zrobiła też nie byle kto, żadna tam amatorka czy modelka Naomi Campbell albo piosenkarka Gloria Estefan, tylko sama Julianne Moore, o włosach jak "Olimp w ogniu". Poza tym, pewnie dostanie Oscara. 

"Gravity" - o Sandrze Bullock, co unosi się w kombinezonie międzygwiezdnym, bo właśnie naprawiała jedną rzecz czy coś, i niechcący się w kosmosie poślizgnęła i leci teraz prosto w samą otchłań czerni gwiazd. A George Clooney ją ratuje. I jeszcze jakby tego było mało, do cna im się psuje baza, ten dom, do którego każdy zawsze w końcu wraca! O tym filmie kinowym już tyle razy trąbiono, że mam bilecik na niego od dawna-dawna, i to nie jeden. Czyli, ile mam tych bilecików? Nie ma głupich, nie powiem.

"Grace of Monaco" - jest to film, że biografia, o pięknej księżniczce, która została obrana królewną Hollywood. Oczywiście chodzi mi o Grace Kelly. Gra ją aktorka z platyną, zamiast włosów, czyli kto? Oczywiście, że Nicole Kidman, którą znamy chociażby z "Batmana Forever". Będzie również Alfred Hitchcock, jak rok temu też był, a nawet Maria Callas o głosie niczym anielskie trąby. Kto umie liczyć, ten już policzył, że to w sumie trzy biografie, albo i więcej, w jednym, czyli uczta, którą się zeżre z wielkim jak arbuz smakiem.

"Monuments Men" - a tutaj mamy taki trochę "Ocean's Eleven", tylko że bliżej Hitlera. Obsada jest potężnie kusząca: George Clooney, Matt Damon, Bill Murray, Cate Blanchett, John Goodman i kogo tam jeszcze ekrany pokazywały. Film jest o drogich obrazach, które dobrzy ludzie chcą uratować spod krwiożerczych płomieni Adolfa Hitlera, słynnego złego człowieka, o którym nic dobrego nigdy nie napisano, i bardzo dobrze! Ode mnie dobrego słowa o nim też nie usłyszycie.

"Captain Phillips" - i znowu morze, ale tym razem z Tomem Hanksem o włosach niczym po prostu włosy i nie z łupinką, tylko wielkim staciskiem, na który napadają morderczy piraci, ale nie ci z Karaibów, tylko z czasów naszych, w których sobie żyjemy, których możemy namacalnie dotknąć czy posmakować, do wyboru. Jest to film z autentycznymi faktami w roli głównej, trailery już lecą w kinach, także pewnie sporo ludzi wie, że warto i już czeka, już się nie może doczekać, już miętolą wszyscy w dłoniach bileciki, żeby je w końcu pani w kinie przedarła i powiedziała: "Miłego seansu, dobrze?".

"Diana" - i proszę, była "Żelazna dama", była "Królowa", no to teraz czas na Dianę. Robi ją, pewnie wzorowo, sama Naomi Watts, którą tylko jakiś półmózgi głupek nie uważa za swoją ulubioną aktorkę. Nic więcej nie trzeba dodawać, ani nic.

"Klopsiki kontratakują" - dalej ciągnięta pierwsza część "Klopsików i innych zjawisk pogodowych". Na świecie pokazano tę bajkę, kiedy jeszcze u nas ferie zimowe były. No, a w Polsce dopiero teraz, no bo kiedy, wszystko za późno, wiosna za późno, lato za późno, metro za późno, to i filmy za późno. Jeśli o mnie prywatnie chodzi, to ja bardzo przepraszam, ale na takie starocie, to ja nie chodzę. Nie od tego przecież jestem. 

No, i jest jeszcze drugi "Hobbit", ale tutaj, to weźcie mnie trzymajcie z daleka od tego filmu!

I takie to są rzeczy różne. Kwadratowe i podłużne. Do widzenia.