luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
czwartek, 06 marca 2014
Dallas Buyers Club

Jesteśmy sobie już dawno po Oskarach, nie możemy się doczekać następnych. Szkoda, iż rozdają je tak rzadko, mogli by na przykład co półtorej miesiąca. No, ale nie można mieć wszystkiego, co się sobie chce, taka jest smutna prawda o życiu. Jednak unieśmy głowy do góry, gdyż dam Państwu potężne pocieszenie - film, że aktorzy dostali za niego kilogramy Oskarów, wchodzi właśnie do kin! Gorąco nie radzę go pominąć. Pod karą, że się będzie żałować do grobowej deski. A teraz uwaga. Aby pięknie tutaj wyszła główna rola, wymyślono taki wybór, że kto by w ogóle pomyślał?! Jest nim Matthew McConneaughy, sławny gwiazdor znany z tego, że we wszystkich filmach tak silnie hasał na plażowym brzegu oceanu, jakby się dosłownie wił na jakiejś rurze utkanej z promieni zachodzącego słońca. Kto przecież sięga pamięcią, że kiedyś Matthew McCoannueghy zagrał w "Czasie zabijania", gdzie to pokazał z całych sił, jak porządny ma on talent? Ja nie pamiętam. A teraz proszę, nie dość że ta stara sytuacja nastąpiła ponownie, to jeszcze schudł do niej jak amen w pacierzu. To teraz się pytam, czy Ryan Gosling by tak schudł? Ba! Udam, że nie słyszałem tego pytania. A teraz idziemy wszyscy do pewnej strasznej rzeczy.

"Dallas Buyers Club" całkiem wesoło opowiada nam o pewnej strasznej rzeczy. A dosłownie robi to tak, jakby to była jakaś fraszka, igraszka, zabawka blaszana. Szczerze? I bardzo nareszcie dobrze! Ile przecież można do stu siarczystych piorunów! Nie takie gwiazdy jak Matthew McCounaneghy umierały na ekranie od chorób i innych, czas najwyższy żeby ktoś w końcu przeżył. Zatem mogę śmiało poopiewać niniejszy tytuł, jako hymn i pieśń na cześć życia oraz że wszyscy kiedyś umrzemy, więc czas zacząć brać i nawet kraść wszystko pełnymi garściami, czyli się tym nachapać i kuć żelazo póki parzy. Bo jak ostygnie, to nic już nie ugramy, najwyżej tysiąc pięćset sto dziewięćset zmarszczek. Albo trójkę w Totka. A kupon i tak pewnie zgubimy z tej całej sklerozy. 

Dobra, szczerze? Tak sobie ostatnio myślałem na basenie, że ile to ja już filmów obejrzałem. I wyszła mi liczba, jak z jakiegoś kosmosu. A kiedy zrobiłem z niej godziny, a potem dni i tygodnie, no i miesiące, to aż się zachłysnąłem oraz dorwał mnie ten nieznośny skurcz stopowy. A potem przeliczyłem, ile dosłownie przepłynąłbym w tym filmowym czasie basenów... Czyli, że raczej już nie będę aż tyle oglądać. Zresztą, wszystko już nakręcili. Co tu oglądać? Tak naprawdę, to czekam tylko na nowe "West Side Story". I kropka (ach, jaka wielka!)