luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
piątek, 28 lutego 2014
OSCARY

Dzień dobry. Szczerze? Chciałbym się zwierzyć, że nie mam gdzie oglądać rozdania Oscarów, gdyż Canal+ mi się zepsuło. Dlatego będę słuchać o tym w radio prawdopodobnie, w końcu na bezrybiu lepszy rak, niż rydz. A teraz poprzewiduję, kto co dostanie. Prawdopodobnie zatrważająca większość trafień będzie celna, czyli jakby, co mogą Państwo obstawiać według nich naprawdę ciężkie pieniądze, a potem kupić sobie przeróżne rzeczy z kolorowych marzeń.

Idziemy od tyłu, żeby porosło napięcie:

najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny: tutaj nie wiem, bo nic nie widziałem

najlepszy montaż dźwięku: to chyba "Grawitacja", bo mi się najbardziej podobało, jak ten dźwięk był zmontowany i w sumie nigdy czegoś takiego jeszcze nie widziałem,

najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny: dobra, przeskakujemy od razu do jakichś normalnych kategorii,

najlepszy aktor pierwszoplanowy: to wiadomo, że jak ostatnio co roku, Oscara dostanie Leonardo DiCaprio,

najlepsza aktorka pierwszoplanowa: tutaj, to pewnie będzie ex aequo, że Meryl Streep za "Sierpień w hrabstwie Osage" i Oscar honorowy dla Meryl Streep za 4 Oscary,

najlepszy aktor drugoplanowy: uważam, że tutaj Oscar zostanie nieprzyznany, gdyż wszyscy kandydaci są po prostu za dobrzy i nie ma jak kogo wybrać,

najlepsza aktorka drugoplanowa: jeżeli nie dostanie June Squibb, tylko Lawrence, to nie obejrzę już żadnych "Igrzysk Śmierci" albo nawet podejmę się, że je z całej siły zbojkotuję,

najlepszy film nieanglojęzyczny: prawdopodobnie będzie niespodzianka i tym razem jednak dostanie "W ciemności", brawo!

najlepszy film: może Akademia się wreszcie obudzi i przyzna Oscara "Chłopcom z ferajny", a nie "Tańczącemu z wilkami" jak było w 1990. Wstyd!

Także sami Państwo widzą, wiele hałasu o nic, pozostaje teraz czekać na Złote Palmy. Do widzenia.

sobota, 08 lutego 2014
Jack Strong

A teraz właśnie zaczęła się chwila, że nadszedł czas na napisanie, co ja właściwie sądzę o nowym polskim filmie kinowym reżysera Władysława Pasikowskiego pt. "Jack Strong". Więc sądzę wiele rzeczy, zwykle ciekawych oraz takich, że można się nimi śmiało podzielić ze znajomymi w windzie oraz z rodziną przy stole. A także z kim tam sobie kto chce. Ja na przykład wczoraj podzieliłem się rzeczami o "Jacku Strongu", gdy zajmująco rozmawiałem z wieloma różnymi osobami. Dzięki temu spotkania te były ciekawe, trwały całkiem długo i jestem z nich tak zadowolony, że mogę w sumie śmiało sobie pozazdrościć. Ale dosyć już o mnie, chodźmy do tematu filmu. Zaczynamy zaraz pod zdjęciem, zapraszam.

Film kinowy "Jack Strong" opowiada sławną historię o słynnej osobie Ryszarda Kuklińskiego. Możemy więc dokładnie zobaczyć, jak to wszystko wyglądało i czy w rzeczywistości było tak naprawdę, czy może zupełnie inaczej. Warto się również porządnie poprzyglądać na tamte czasy, całkiem już przecież zamierzchłe - w filmie są one zrobione dokładnie i z radością oraz pieczołowitymi szczegółami, jak chociażby stare smutne meble i biedne szare telewizory albo że nikt nie miał jeszcze komputera, a także anteny satelitarnej. Zacząłem również głośno chwalić reżysera za to, że nie znalazłem w "Jacku Strongu" żadnego plastikowego okna. A przecież nie trzeba być znacząco mądrym, by wiedzieć, iż ostatnio zrobiły się one przerażającą bolączką polskich filmów kinowych. Niby mamy jakiś tam rok, przykładowo 1973, albo 1963, albo 1953, czy jaki sobie kto właściwie chce, aż tu ni z tego, ni z jakiegoś owego wyłazi nam okno w plastiku. No, ludzie, co to ma być takiego?! Ktoś wie? Bo ja na pewno nie. I wiedzieć nie mam zamiaru, dziękuję.

Jest w "Jacku Strongu" jeszcze jedna, ogromnie pozytywna rzecz, o której należy wszystkim mówić, a nawet krzyczeć - pościg na spieszne samochody. Bardzo wartko pędzący, z trasą po znanych oraz lubianych ulicach Warszawy, którymi zawsze warto się przejść, czy to samemu, czy to z psem. Ubolewam więc w wolnych chwilach, że tak mało się kręci w Polsce scen na ścigające auta. Jak zostało w "Jacku Strongu" udowodnione, robimy to przecież ładnie i powinniśmy być z tego dumni. Róbmy to więc jak najczęściej! 


No, ale cóż, nie może być za różowo. Czas na łyżkę soli. Jest w "Jacku Strongu" cała masa rzeczy, o których najchętniej bym zapomniał do cna. Po pierwsze, scena z "Terminatora II", albo z "Obcego 3", że ktoś zostaje spalony w fabrycznym piecu. Takie rzeczy już były, raz lepiej czy gorzej, nieważne, ale powtarzać ich absolutnie nie ma sensu. Nawet najmniejszego. To tylko zwykła marnacja taśmy, na której można by nagrać coś innego, nowego, ładnego. Dwa, że biuro szpiegów w USA. Ja się pytam, czy widział ktoś takie biuro szpiegów w USA? Bo ja nie. A przecież każde głupie dziecko wie, że w CIA ciągle w tle chodzą zapracowani ludzie, wszędzie jeżdżą windy z przyciskami od 1 do co najmniej 40, no i przede wszystkim dookoła na ścianach mrugają różne światełka. Tak się właśnie szpieguje! A nie, że po ciemku i z mapą na ścianie, jak w "Wiadomościach". Ja oglądam film kinowy, czy telewizję? Chciałbym również wyrazić, że jestem za głosowaniem na nie używanie w filmach polityki ani rzeczy aktualnych. Do kina, to ja idę sobie o tym wszystkim pozapominać. I na "Jacku Strongu" już zapomniałem, aż tu nagle się okazało, że jeden ważny pułkownik ma na nazwisko Gendera... Poczułem się, jak policzek w twarz. Do widzenia!

niedziela, 02 lutego 2014
Zniewolony

Trudne filmy kinowe mają to do siebie, że warto je kręcić. Cały ciężki pot na czole, jaki wyciskają pracowity reżyser i aktorzy pełni talentu jest potem grzecznie zwracany w postaci wielu sprzedanych biletów oraz słynnej nagrody, która każdy kto ma choć trochę oleju w głowie chciałby postawić na szafie. Chadzam do kina niesłychanie często, jednak takie filmy jak "Zniewolony" udaje mi się zobaczyć bardzo, ale to bardzo rzadko, przysięgam. Jest ich najzwyczajniej w świecie przerażająco mało, nad czym mogę sobie tylko ubolewać smutnymi łzami. A łez ot tak bez powodu przecież nie przelewam, kto mnie zna, ten sam wie. Ale dość już o mnie, przejdźmy teraz gładko do objaśniania, co to właściwie jest ten cały "Zniewolony" i dlaczego warto opiewać go na maksymalne 4 gwiazdki. Po pierwsze - tytuł. W Ameryce nazywa się on "12 years a slave", co znaczy ni mniej, ni więcej tylko "12 lat, a niewolnik". Oczywiście brzmi to jak tytuł skomplikowanej książki dla specjalistów naukowych od spraw porównywania tabelowego, dlatego u nas mądrze przetłumaczono go inaczej. Gratuluję! Kolejna sprawa, że istnieją poprzednicy z podobnym tematem. Każda mama i babcia zna na pamięć "Przeminęło z wiatrem". Każdy dziecko oraz młodzież widziało milion miliardów razy "Zabić drozda". Wszyscy dokładnie wspominamy i gorąco uwielbiamy "Amistad", "Kamerdynera" oraz "Służące". Szczerze? Dobrze Państwu radzę, pozapominajcie te wszystkie tytuły, ponieważ "Zniewolony" wygrywa z nimi bez żadnej głupiej ceregieli. Jest on jak ten słynny kamień milowy, który na nowo wyznacza niemacane stopami szlaki i trasy oraz robi wielką historię światowego kina.


Kolejna ważna rzecz - aktorzy. Przy nich wszystkich Meryl Streep może się schować, gdzie pieprz rośnie, taka jest prawda. Do tej pory uważałem jej talent za najbardziej ładny i rozwinięty na świecie. Szczerze? Teraz, to on mi zwisa i kompletnie powiewa. To znaczy jest Meryl ciągle wielka, ale to już nie to samo, co kiedyś. Niestety. Pokazali się teraz więksi, co nam naocznie udowadnia właśnie "Zniewolony". Cóż, czasy się zmieniają jak w kalejdoskopach, wszyscy płyniemy i nikt dwa razy się nie wykąpie w tej samej sekundzie. Ktoś musi wyjść z wody, żeby wykąpać się mógł inny ktoś. W tej chwili kąpią się Chiwetel Ejiofor oraz Lupita Nyong'o, a Meryl Streep wyciera się na brzegu. Warto również wyraźnie wspomnieć, że są w "Zniewolonym" także Brad Pitt, Michael Fassbender, Paul Dano oraz drugi Paul, Giamatti. Nie robią oni za jakąś tam ozdobną błyskotkę, jak Megan Fox w "Transformersach", ale z całej siły udowadniają, że jeżeli chodzi o talent, to byle mokro ubłoconej sroce spod ogona nie odpadli. Chciałbym również zawrzeć w niniejszej srecenzji odważną polemikę z Michałem Oleszczykiem, że kompletnie zgadzam się z nim, iż "Zniewolony" jest bardzo dobrym filmem, ale nie zgadzam się, i to ogromnie, że poprzedni tytuł Steve'a McQueena pt. "Wstyd" jest, robię teraz dokładny cytat: "katastrofalny". Daję moją głowę, że "katastrofalny", to może być "2012" albo "Titanic", ale "Wstyd"? Jednak kłócić się nie mam w zanadrzu zamiaru, każdy przecież myśli co innego i od tego jest świat, żeby nam wszystkim ofiarował nad głowami jeden solidny dach.

A teraz uwaga, gdyż będę rekapitulować: Zatem, dobieramy się w pary, albo trójkąty, albo grupy szkolne i wycieczki, albo samemu, i robimy co takiego? To takiego, że kupujemy piękny, nowiusieńki bilecik na "Zniewolonego". Dzięki temu będziemy mieć własne zdanie w każdym skomplikowanym towarzystwie oraz przy okazji obejrzymy porządny, słynny już film, który jest ważny, jak żaden od dawna. A nawet od dawien dawna. Do widzenia.