luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
piątek, 17 stycznia 2014
Sierpień w hrabstwie Osage

Witam na samym początku mojej najnowszej srecenzji o filmie kinowym pt. "Sierpień w hrabstwie Osage". Daję pół głowy, że każdy sobie teraz mocno myśli: Ciekawe, jak zagrała w tym filmie słynna Meryl Streep? Czy była lepsza od sławnej Julii Roberts? A może obie były nie do oglądania, takie aż beznadziejne? Spieszę zatem w natychmiastowe pędy, aby dokładnie odpowiedzieć na wszystkie te gorące pytania.

Pytanie pierwsze: Ciekawe, jak zagrała Meryl Streep? Tak, zgadzam się, jest to rzeczywiście ciekawe. Nawet bardzo mocno - bądźmy szczerzy i się nie wstydźmy. Otóż, Meryl Streep zagrała jak zawsze, w ten swój cały sposób, z tą jedną różnicą, że tym razem zrobiła to najlepiej, jak do tej pory. Chciałbym zatem zaapelować do wszystkich kinofanów, żebyśmy od dzisiaj zgodnie uważali, iż jest to aktorka potężna, o talencie wielkim jak Stadion Narodowy i King-Kong razem wzięte. A jeśli ktoś uważa coś wręcz przeciwnego, to może się ze mną nawet o to bić. I to bardzo mocno! Oczywiście, jeśli tylko ktoś chce, nie namawiam. O, właśnie mi się skojarzyło, że piosenka w "Domowym przedszkolu" kończyła się właśnie tak: "Jeśli tylko, jeśli tylko chceeesz...". Występowała tam taka pani, co kazała skakać dzieciom przy pianinie, albo na jednej nodze skakać. Mój kolega jej nie lubił, zawsze wrzeszczał na całe podwórko, że ona nic innego tylko męczyć dzieci potrafi, tylko męczyć! Od razu wiadomo, że wszyscy się z nim biliśmy, gdyż pani nie męczyła dzieci, lecz je rozwijała na dorosłą przyszłość, pełną dziur i pni do przeskoczenia jak antylopa. Chociaż, tak szczerze, to Meryl Streep najlepsza była jednak w "Ze śmiercią jej do twarzy" o szyi jak łabędź i w "Dzikiej rzece" z wiosłami za pan brat. Natomiast Julia Roberts najlepsza jest dopiero tutaj właśnie. Oczywiście ciągle wygląda zgrabnie i powabnie, jednak umówmy się - pierwszy raz w życiu tak mocno krzyczała. Aż szyby mogłaby potrzaskać na strzępy, gdyby tylko chciała! Następnie pod zdjęciem poruszę inny temat, najważniejszy w filmie pt. "Sierpień w hrabstwie Osage". Polecam.

Każdy człowiek musi jeść, nie ma co ukrywać. Czasem jednak bywa z tym kompletnie trudno. Najgorzej jest rano po przebudzeniu. Dlatego ja, osobiście nigdy nie jadam na czczo. Każdy dzień zaczynam od gorącej herbaty z maliną mojej babci. Potem przepyszna przekąska i dopiero wówczas pożywne śniadanie. Ale co innego nasze szare życia, a co innego jedzenie w filmie kinowym pt. "Sierpień w hrabstwie Osage". Pewnie każdy głupi wyraźnie już słyszał o scenie pogrzebowego obiadu. Wróżę, że scena ta będzie robić historię kina identycznie, jak na przykład strzelanina dworcowa w Nietykalnych" albo Jack Nicholson w "Lśnieniu", taka jest prawda. Oto, jak ona idzie: Meryl Streep siedzi na przodzie stołu, obok ma siostrę, dalej Julia Roberts, a jeszcze dalej mąż. Reszta siedzi na zupełnie innych miejscach. Wszystkie krzesła są jednoosobowe. Zaczynamy. Rodzina najpierw się modli, potem smacznie je, niby nic się nie dzieje, mlaskanie... aż tu nagle bum! I znowu BUMI tak przez ileś tam minut, z piętnaście, szesnaście, ciężko policzyć, zresztą kto by tam bawił się w bankiera. Ja nie. Oczywiście każdy z krztą oleju w głowie domyśla się, że na końcu obiadu dochodzi do bitwy. Wyniosłem z tej sceny pożyteczny morał do zastosowania na co dzień, który Państwu teraz przyjemnie wyłuskam: Otóż trzeba być w życiu czujnym, co się je i z kim. I gdzie. Kropka. Ponadto uważam, że darzę w tym filmie niezłą sympatią także równiny po horyzont i płaskie jak decha pola. Kojarzą mi się one z moimi pierwszymi krokami w jeździe na rowerze po Żuławach. Najbardziej wspominam trawy i trzciny zupełnie nieopodal Zalewu Wiślanego. Łowiliśmy tam smaczne ryby oraz obserwowaliśmy odważne życie błotniaka stawowego. Do widzenia.

poniedziałek, 13 stycznia 2014
Pod Mocnym Aniołem

Każdy z nas był kiedyś chociaż trochę pijany. I Ty, i Twoja sąsiadka, i królowa Elżbieta, i nawet ja. W wybrane dni alkohol uderza w mózg tak mocno, że nasza pamięć zaczyna posiadać znaczącą wyrwę. Tak działa wódka i spirytus (lampki wina do obiadu, tej garści wąskich łyków nie liczę). I teraz co takiego nam następuje? A no to, iż możemy w kinie zobaczyć z bliska, jak właściwie wtedy wyglądaliśmy. Proszę Państwa, kto widział bardzo śmieszny trailer do "Pod Mocnym Aniołem", ten dobrze wie, że jest to ubaw jak bum cyk cyk! Więc oglądamy sobie w wygodnym kinowym fotelu, jak to śpiewaliśmy, tańczyliśmy, zaczepialiśmy samochody na ulicy, wypadaliśmy z okna prosto na ziemię, usuwaliśmy z żołądka nielubiane jedzenie poprzez otwarte wargi, zasypialiśmy w wodnej wannie aż do utonięcia, albo że śniło nam się, iż siedzimy na muszli klozetowej, umieszczając w niej zużyte jedzenie, a potem nas koledzy budzili, a my nie w toalecie, tylko w łóżku! Cała pościel do prania. I to w 90 stopniach raczej! Taka jest prawda, która promieniuje z ekranu. Poza tym, że jest śmiesznie, to jest również identycznie jak na przepięknym plakacie filmu "Pod Mocnym Aniołem", czyli że to piękna opowieść o miłości, co pewnego nie wiadomo jakiego dnia, rozkwita pod pękatym w pieniądze bankomatem. Gdzie to uczucie pójdzie? Co z nim będzie? Czy rozkwitnie podobnie do "Kiedy Harry poznał Sally"? Dowie się tylko ten, kto kupi bilecik. 

Co do grania aktorskiego Roberta Więckiewicza, no to tutaj nie ma zmiłuj, wszystko jest jak trzeba, na swoim miejscu i do wspaniałego podziwiania. Zresztą, u niego to już żadna tam dziwota, a raczej zwykła normalka. Dokonałem natomiast odkrycia, iż bardzo śmieszna jest we fragmencie o starej polskiej wsi charakteryzacja na Marianie Dziędzielu, gdyż zamiast czupryny, ma on łysinę ze swoistymi włosami po bokach. Wygląda to wszystko razem jak jajo. Tylko strusie. Głowa swój rozmiar przecież ma i nie jest on kurzy bynajmniej. Uważam również, że podoba mi się scenariusz, który jest przecież przykładnym spisem z książki. Jak się z nią porówna film, to wyjdzie szydło, iż wiele jest zgapionych od Pilcha momentów. Jednak niestety nikt nie mówi mojego ulubionego powiedzenia i przysłowia: "piczka terapeuciczka". Na szczęście mogę je zawsze powiedzieć sobie w domu na głos przed lustrem albo ścianą, więc tragedii w sumie nie mam. Warto również dosadnie podkreślić, że na końcu filmu wykonujemy znany i lubiany, słynny Smarzowski lot do góry, byśmy objęli rzutem oka co tylko sobie tam chcemy. Szczerze? Odważny musi być ten, kto trzyma kamerę. Widać bowiem, iż w Polsce dźwigi mamy już całkiem wysokie.

Muszą Państwo koniecznie również wiedzieć, iż mamy w filmie kinowym "Pod Mocnym Aniołem" sprytne cytaty z innych filmów. Przede wszystkim na oczy się rzuca ewidentne występowanie elementów kanałowych, które tworzą nam zwartą reminiscencję wspomnień z przeszłego filmu kinowego pod znanym tytułem "W ciemności". Jest to sprytne coś, gdyż lepi niejako połączenie tych dwóch dzieł, z którego może całkiem wiele wyniknąć, pod warunkiem że się chociaż trochę pomyśli. Ja na przykład zaobserwowałem, że w kanałach Smarzowskiego jest światło i wszystko widzimy, jak na wyraźnej, porządnej dłoni. A u Holland było wręcz przeciwnie, czyli ciemno jak makiem zasiał, gdzie nawet palca nie można wcisnąć, taka to smoła. Wynika z tej różnicy bardzo ciekawa rzecz, o której jednak pisanie byłoby za długie, więc się ze smutkiem powstrzymam. Muszą mi Państwo aczkolwiek dać wiarę, że jest to naprawdę niezła heca! I tak tutaj teraz wspólnymi siłami doszliśmy do końca niniejszej srecenzji, dziękuję wszystkim za piękną uwagę i życzę, żeby kupili Państwo tyle bilecików na film kinowy "Pod Mocnym Aniołem", ile tylko da się unieść. Bo bilet do kina jest wzorowym prezentem dla każdego. Dlatego korzystajmy z tej znanej zasady. Do widzenia.

czwartek, 09 stycznia 2014
Nimfomanka, część 1.

UWAGA: W srecenzji występuje całe mnóstwo słów takich, jak: seks, piersi, pośladki oraz inne, nie dla dzieci. Dlatego upraszam, że jak jesteś mały / mała, to idź stąd w tej chwili do swojego pokoju i dalej nie czytaj. Bo powiem mamie!

No, i stała się wielka nagroda za długie czekanie na film "Nimfomanka" - że w końcu go obejrzałem. Było i trochę śmiechu, i łez, a i pewnie multum mężczyzn na widowni miało czasem tak zwany namiot, a kilka kobiet to pewnie zobaczyło. Pierwsza myśl, która nasuwa mi się na mózg, jest taka, że widać na ekranie całkiem sporo części ciał dla dorosłych. W kinach puszczają odnogę filmu ocenzurowaną, a i tak jest nieźle i mokro. Ciekawe więc, co w takim tutaj razie widać na tej bez cenzury? Wszystko?! Cóż, może się kiedyś dowiemy, a może nie, tego jak zwykle nie wie nikt. Nawet ja. Zatem, gdy już zakupimy nasz spocony bilecik na gorący film kinowy "Nimfomanka, część 1.", będziemy mogli sobie wygodnie obejrzeć następujące części ciał bez ubrań: stopy, łydki, kolana, uda, pachwiny, pomiędzy-pachwinie, pępek, piersi, plecy, pośladki, ucho, włosy i nos. Często jest tak, że widzimy wszystko na raz, w bardzo szybkim ruchu i polane gęstym potem, tak więc nie wiadomo, czy mamy się skupić, dajmy na to, na stopie, czy na takim pępku. Wybór jest ogromny! Zatem naprawdę warto. Dlatego napisałem o Nimfomance wiersz:

Ach, jestem nimfomanką,

zaraz spocę obcego gościa,

ciekawe, kto to będzie? Może Ryan Gosling Jr.?

Już się nie mogę doczekać, aż się dowiem.

Ach, jestem nimfomanką,

nie założyłam dzisiaj bielizny (a mam jej całą szufladę),

jestem więc jak Sharon Stone w "Nagim Instynkcie",

...szukam szpikulca do lodu.

Chodzi mi o to, że ja jestem tym lodem,

a szpikulec jest prąciem.

Ach.


W filmie pojawia się również osobnik mędrca, który nam wszystko jak chłop w rowie objaśnia, o co tej całej Nimfomance tak naprawdę idzie. Uważam prywatnie, że Lars von Trier specjalnie go do filmu włożył, żebym na przykład ja, gdyż jestem krytykiem, nie napisał teraz ludziom jakichś głupot, bo filmu nie zrozumiałem. Takie jakby przezorne reżyserskie zabezpieczenie. Dlatego mogę obecnie twardo napisać, że "Nimfomanka, część 1." jest o zwykłym, głupim po prostu... wędkowaniu na muchę! Tak właśnie stoi na ekranie. Jak byłem mały, to często chadzałem na ryby w piątek po lekcjach. Moja mama nie lubiła tych ryb, albowiem musiała je potem smażyć i smażyć. Mówiła: "Już mi tych ryb nie znoś, albo łów takie, co ich smażyć nie trzeba, tylko można na surowo jeść. Sushi łów, rozumiesz dziecko?!". Potem niestety łaziła Straż Miejska oraz goniła mnie po krzakach, że nie miałem karty wędkarskiej.

Uma Thurman natomiast była taka, że aż jej nie poznałem! A Christian Slater cały czas wygląda jak w "Więcej czadu". Ciekawa jest również zabawa o mokrych żabach. Do widzenia. 

czwartek, 02 stycznia 2014
"Wilk z Wall Street"

Dzień dobry. Zaczynają Państwo właśnie czytać drugie zdanie srecenzji, która z przyjemnością zaprezentuje prawdopodobnie najlepszy dotychczas film kinowy nowego, 2014 roku. Jego tytuł, nie ma co ukrywać, brzmi w ten oto sposób: "Wilk z Wall Street". Oglądanie oscyluje nam tutaj przy jakichś trzech godzinach. Jednak proszę się kompletnie nie martwić, za reżyserię wziął się bowiem sam Martin Scorsese, którego wszystkie poprzednie filmy znamy i oglądamy w kółko i w kółko. A kto tego nie robi, ten jest z innej planety raczej. Z Marsa albo chyba z Księżyca spadł. I to na głowę.

"Wilk..." zawiera w sobie pouczającą opowieść o pieniądzach, narkotykach, jachtach, pośladkach, piersiach, autach szybkich jak struś pędziwiatr, basenach, trąbach, a nawet jest i małpa, jeśli ktoś lubi filmy zoologiczne. Poza tym są tutaj doniosłe imprezy oraz bale, prawie tak wielkie, jak w "Wielkim Gatsbym" i w dodatku z tym samym Leonardo DiCaprio. Czyli, że Scorsese trochę pozgapiał. Nieładnie. No, ale trudno, żyjemy w końcu w erze, gdzie wszystko już było i został nam tylko postmodernizm do obrobienia.

"Wilk..." przepięknie opowiada nam historię z prawdziwymi faktami autentycznymi w tle i nie tylko. Scorsese szeroko jak jakiś Matejko maluje nam przed oczami życie Jordana Belforta, który był niemalże pucybutem, a ni stąd, ni z jakiegoś owąd przemienił się w milionera o portfelu grubym jak John Goodman. Szczerze? Ogląda się to wszystko, jak by się jechało na jakiejś pieruńskiej karuzeli, i to nie z Madonnami, ale z Lady Gagami! Aż chce się krzyczeć: Ludzie, trzymajcie mnie! 

Oprócz gwiazdorskiego DiCaprio możemy w "Wilku..." również zobaczyć aktora z bardzo trudnym nazwiskiem do powiedzenia: Matthew McConaughey. Długo go nie było, a teraz proszę, jakie wspaniałości robi: "Magic Mike", "Dallas Buyers Club", "Wilk..." - jak nie ten aktor! Tylko jakiś zupełnie inny! Może to nie on? Co więcej, gra nam tutaj również słynny reżyser Rob Reiner, który mianowicie nakręcił takie to, a takie filmy robiące historię kina: "Ludzie honoru", "Misery", "Kiedy Harry poznał Sally", "Choć goni nas czas" i milion tysięcy innych. Ten, kto go rozpozna na ekranie, jest porządnym kinomanem o wielu walorach.

Chciałbym przy tej wygodnej okazji uprzejmie zaproponować zdementowanie świeżej plotki, iż Leonardo DiCaprio dostanie nareszcie Oscara za rolę. Ale bowiem nie dostanie. Sądzę właściwie, iż Leonardo DiCaprio nigdy nie dostanie Oscara, choćby się na ekranie powiesił. Ale jak się weźmie za bycie reżyserem, to kto wtedy wie? Tak przecież było z Clintem Eastwoodem za "Bez przebaczenia", a potem sytuacja stała się ponowna przy "Za wszelką cenę". Czyli, że warto robić filmy, panie Leonardo, a nie tylko w nich sobie grać, rozumiemy się? A teraz wszyscy ubieramy buty i biegniemy do kina, raz dwa trzy!