luksusowy blog filmowy



Pisz swój dziennik w Internecie
Blog należy do Syndykatu Blox.pl
RSS
niedziela, 21 czerwca 2015
Jurassic World

 

Szczerze? Pamiętam, jakby to było zupełnie dziś, najdalej przedwczoraj, iż idę z moją klasą III D na film kinowy "Park jurajski" w reżyserii Stevena Spielberga. A potem sobie mówimy na przerwie: "Albo weź, że tutaj na przykład stoi dinozaur. To zobacz, jaki wielki!". A potem w kioskach sprzedawali czasopismo ze sztucznymi kośćmi dinozaurów do składania w czasie wolnym. Pewnie tylko nieznacznej garstce ludzi może stanąć przed oczami coś jednak kompletnie innego. Mam otóż na mojej myśli film kinowy "Super Mario Bros.", który został nam przedstawiony przed "Parkiem Jurajskim" i również nas pozachwycał dinozaurem, co się w niego zmienił Dennis Hopper (zastrzelili go takim promieniem z pistoletu do re-ewolucji). A potem w wypożyczalni wideotaśm to nie, że sobie "Super Mario Bros." wypożyczam, gdyż bardzo chcę go przegrać, tylko najpierw zapisać się mam w kolejkę. A jak już się nastałem, to i tak nie przegrałem, bo był zakodowany. Albo na przykład "Speed. Niebezpieczna prędkość", to też trzeba się było zapisać, a kolejka olbrzymia. I nie dość, iż kolejka, to jeszcze do wersji pirackiej. A idźcie wy! Takie to były czasy, nie ma za czym tęsknić.

Bo za czym mam tęsknić? Że mnie mama nie puściła na "Speeda" do kina, bo był na 20.00 i  że już ciemno? A na "Psychopatę", to ledwo wszedłem, aż czułem że ostro zbladłem z tych nerwów. Albo "Nagi instynkt", to mogłem puścić, jak nikogo w domu nie było. Jakbym puszczał "Lody na patyku", a to przecież tylko thriller. Niby taki erotyczny, a do dziś nie wiadomo, czy tam coś widać, czy nie. Pewnie nie. Dlatego bardzo dobrze, że tamte czasy już sobie polazły, że je pożarły Langoliery, i mamy teraz aż czwartą część "Parku jurajskiego". Czyli teraz zapytajmy: Jaka ona w sumie jest? Ach! Nagle stanęło mi przed oczami, że przypominam sobie, jak oglądam drugą część pod tytułem "Zaginiony świat" w również reżyserii Stevena Spielberga. Grała tam Julianne Moore, jeszcze wówczas absolutnie nieznana albo znana średnio, chyba tylko ze "Ściganego", gdzie została wcielona w odważną panią doktór i nikt nie wiedział, co to za aktorka. A teraz wszyscy wiedzą, jacy mądrzy się nagle zrobili. Teraz, to każdy głupi wie! Na "Ściganego" też nie mogłem iść do kina, bo był za późno.

Pamiętam także jak dziś, że w telewizji mówili, iż wieczorem lecą "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" w reżyserii również Stevena Spielberga. Myślicie pewnie sobie, a że w telewizji, to w końcu mógł obejrzeć normalnie. No, to sobie wiedzcie, że nie. Bo otóż mama mówi: "Obejrzysz, jak zjesz sałatkę". Taką wiecie, jarzynową, z majonezem i warzywami, czyli jarzynami. I z pieprzem. Teraz to ją lubię i w wolnych chwilach sobie za nią tęsknię, ale wtedy? Chyba z ileś tam godzin ją jadłem, jakbym wannę sałatki jadł, aż w końcu oddałem talerz do umycia. Czyli, za czym tu tęsknić? Albo jak wypożyczyłem "Terminatora", a tam taśma umorusana w dżemie cała. Truskawkowym chyba, wtedy tylko takie były. Był też truskawkowy mus zamrożony w plastikowych kubeczkach. Takie to były czasy, zupełnie nie do oglądania filmów. Do widzenia. 

niedziela, 05 października 2014
Służby specjalne

Dzień dobry. Właśnie chcę skończyć na chwilę półroczne milczenie i dokonać zawarcia srecenzji, ale bowiem woda się we mnie gotuję, kiedy słyszę, co widzę! Całkiem niedawno, zupełnie nie dalej, jak jeden dzień temu, a może nawet trochę bliżej, nastąpiła premiera filmu kinowego Patryka Vegi pt. "Służby specjalne". I nagle, nie wiadomo skąd, wszystkie gazety zaczęły o tym pisać. Jak na jakieś nienormalne zawołanie. Patrzcie ich! Ciekawy jestem, dlaczego nie pisaliście tak mocno, kiedy o tym filmie jeszcze nic nie było wiadomo, kiedy nawet scenariusza nikt nie napisał. Hę? Teraz, to wiecie co? To każdy głupi potrafi teraz, tyle Wam powiem. Tfu, napiszę, tyle Wam napiszę. A skoro już piszę, to od razu napiszę o filmie, żeby mieć to już z tej mojej całej głowy. Tymczasem zapraszam do oglądnięcia zdjęcia, które tak naprawdę jest fotosem, że kadr ze "Służb specjalnych".

Mam nadzieję, iż każdy się napatrzył, bo teraz zaczynamy podejście do porządnego czytania. "Służby specjalne" są filmem kinowym, który że jeżeli dajmy na to czytasz gazety, albo chociaż jak idziesz ulicą i patrzysz sobie na bok, nawet tak bez sensu, że nie wiesz, iż spojrzałeś, głowa sama lata, może z nudów, kto wie? Czyli patrzysz, a tam kiosk ruchu, a w nim cała moc wysypu okładek gazet lub czasopism z tytułami, że np. "Sejm to złodziej!" albo "Już w niedzielę wybieramy prezydenta. Ciekawe, kogo wybierzemy?". Więc jeśli nawet tylko tak chodzisz i patrzysz zupełnie bez normalnego sensu, to ten film jest również dla dokładnie Twojej osoby. Mogę się założyć o siedem kotów, że się teraz mocno zastanawiasz i myślisz: "Hm, dlaczego ten film jest dla mojej dokładnej osoby?" i już się nie możesz doczekać, kiedy się dowiesz. Aż się wiercisz! Więc natychmiast wszystko wyłuszczam, jak na tureckim kazaniu. Ale najpierw dajmy odpocząć naszym zmęczonym oczom, niech sobie popatrzą na zdjęcie, że fotos.

Więc "Służby specjalne" to film kinowy, że powinien go znać na pamięć każdy Polak, który mieszka na tym naszym świecie - Matce Ziemi, o której można pisać i pisać, taka jest piękna. Z kosmosu wygląda zupełnie, jak ogromna, umalowana na pisankę kula oceaniczno-gruntowa. A im dalej odlatujemy, tym bardziej jest fraszką, igraszką, zabawką roześmianą. A im bliżej, tym robi się ogromna, jak jakiś arbuz-mutant. Cuda! Moim marzeniem jest, żeby Janusz Chabior grał wszystkie role na tej właśnie Ziemi. I Agata Kulesza oraz Wojciech Zieliński również mogą. Czyli w sumie we trójkę. No dobra, Meryl Streep jak tak bardzo chce, niech już się też przyłączy. Ale tylko epizod. I to bez mówienia. Może ruszać powiekami z pomyślunkiem, czy coś, nie wiem, powinna sama sobie wymyślić, nie będę za nią myśleć, w końcu to ona jest aktorką. Szczerze? Jak się ogląda "Służby specjalne", to można z łatwością zauważyć, że czasami wklejone są w tok z akcją różne filmiki z Wiadomości albo Newsów. Apeluję! Zwróćmy wtedy naszą najlepszą uwagę na napisy na pasku, które przelatują na dole, że coś tam się wydarzyło mniejszego, jak to w telewizji lubią dawać takie paski, a nikt ich nie czyta, ale się szybko ruszają, coś mruga, się dzieje, jakaś akcja, sensacja. Tylko, że w "Służbach specjalnych", proszę Państwa, prawdopodobnie ukryta jest w takim pasku odpowiedź. A na jakie pytanie, to każdy musi sobie zadać je sam.

czwartek, 06 marca 2014
Dallas Buyers Club

Jesteśmy sobie już dawno po Oskarach, nie możemy się doczekać następnych. Szkoda, iż rozdają je tak rzadko, mogli by na przykład co półtorej miesiąca. No, ale nie można mieć wszystkiego, co się sobie chce, taka jest smutna prawda o życiu. Jednak unieśmy głowy do góry, gdyż dam Państwu potężne pocieszenie - film, że aktorzy dostali za niego kilogramy Oskarów, wchodzi właśnie do kin! Gorąco nie radzę go pominąć. Pod karą, że się będzie żałować do grobowej deski. A teraz uwaga. Aby pięknie tutaj wyszła główna rola, wymyślono taki wybór, że kto by w ogóle pomyślał?! Jest nim Matthew McConneaughy, sławny gwiazdor znany z tego, że we wszystkich filmach tak silnie hasał na plażowym brzegu oceanu, jakby się dosłownie wił na jakiejś rurze utkanej z promieni zachodzącego słońca. Kto przecież sięga pamięcią, że kiedyś Matthew McCoannueghy zagrał w "Czasie zabijania", gdzie to pokazał z całych sił, jak porządny ma on talent? Ja nie pamiętam. A teraz proszę, nie dość że ta stara sytuacja nastąpiła ponownie, to jeszcze schudł do niej jak amen w pacierzu. To teraz się pytam, czy Ryan Gosling by tak schudł? Ba! Udam, że nie słyszałem tego pytania. A teraz idziemy wszyscy do pewnej strasznej rzeczy.

"Dallas Buyers Club" całkiem wesoło opowiada nam o pewnej strasznej rzeczy. A dosłownie robi to tak, jakby to była jakaś fraszka, igraszka, zabawka blaszana. Szczerze? I bardzo nareszcie dobrze! Ile przecież można do stu siarczystych piorunów! Nie takie gwiazdy jak Matthew McCounaneghy umierały na ekranie od chorób i innych, czas najwyższy żeby ktoś w końcu przeżył. Zatem mogę śmiało poopiewać niniejszy tytuł, jako hymn i pieśń na cześć życia oraz że wszyscy kiedyś umrzemy, więc czas zacząć brać i nawet kraść wszystko pełnymi garściami, czyli się tym nachapać i kuć żelazo póki parzy. Bo jak ostygnie, to nic już nie ugramy, najwyżej tysiąc pięćset sto dziewięćset zmarszczek. Albo trójkę w Totka. A kupon i tak pewnie zgubimy z tej całej sklerozy. 

Dobra, szczerze? Tak sobie ostatnio myślałem na basenie, że ile to ja już filmów obejrzałem. I wyszła mi liczba, jak z jakiegoś kosmosu. A kiedy zrobiłem z niej godziny, a potem dni i tygodnie, no i miesiące, to aż się zachłysnąłem oraz dorwał mnie ten nieznośny skurcz stopowy. A potem przeliczyłem, ile dosłownie przepłynąłbym w tym filmowym czasie basenów... Czyli, że raczej już nie będę aż tyle oglądać. Zresztą, wszystko już nakręcili. Co tu oglądać? Tak naprawdę, to czekam tylko na nowe "West Side Story". I kropka (ach, jaka wielka!)

piątek, 28 lutego 2014
OSCARY

Dzień dobry. Szczerze? Chciałbym się zwierzyć, że nie mam gdzie oglądać rozdania Oscarów, gdyż Canal+ mi się zepsuło. Dlatego będę słuchać o tym w radio prawdopodobnie, w końcu na bezrybiu lepszy rak, niż rydz. A teraz poprzewiduję, kto co dostanie. Prawdopodobnie zatrważająca większość trafień będzie celna, czyli jakby, co mogą Państwo obstawiać według nich naprawdę ciężkie pieniądze, a potem kupić sobie przeróżne rzeczy z kolorowych marzeń.

Idziemy od tyłu, żeby porosło napięcie:

najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny: tutaj nie wiem, bo nic nie widziałem

najlepszy montaż dźwięku: to chyba "Grawitacja", bo mi się najbardziej podobało, jak ten dźwięk był zmontowany i w sumie nigdy czegoś takiego jeszcze nie widziałem,

najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny: dobra, przeskakujemy od razu do jakichś normalnych kategorii,

najlepszy aktor pierwszoplanowy: to wiadomo, że jak ostatnio co roku, Oscara dostanie Leonardo DiCaprio,

najlepsza aktorka pierwszoplanowa: tutaj, to pewnie będzie ex aequo, że Meryl Streep za "Sierpień w hrabstwie Osage" i Oscar honorowy dla Meryl Streep za 4 Oscary,

najlepszy aktor drugoplanowy: uważam, że tutaj Oscar zostanie nieprzyznany, gdyż wszyscy kandydaci są po prostu za dobrzy i nie ma jak kogo wybrać,

najlepsza aktorka drugoplanowa: jeżeli nie dostanie June Squibb, tylko Lawrence, to nie obejrzę już żadnych "Igrzysk Śmierci" albo nawet podejmę się, że je z całej siły zbojkotuję,

najlepszy film nieanglojęzyczny: prawdopodobnie będzie niespodzianka i tym razem jednak dostanie "W ciemności", brawo!

najlepszy film: może Akademia się wreszcie obudzi i przyzna Oscara "Chłopcom z ferajny", a nie "Tańczącemu z wilkami" jak było w 1990. Wstyd!

Także sami Państwo widzą, wiele hałasu o nic, pozostaje teraz czekać na Złote Palmy. Do widzenia.

sobota, 08 lutego 2014
Jack Strong

A teraz właśnie zaczęła się chwila, że nadszedł czas na napisanie, co ja właściwie sądzę o nowym polskim filmie kinowym reżysera Władysława Pasikowskiego pt. "Jack Strong". Więc sądzę wiele rzeczy, zwykle ciekawych oraz takich, że można się nimi śmiało podzielić ze znajomymi w windzie oraz z rodziną przy stole. A także z kim tam sobie kto chce. Ja na przykład wczoraj podzieliłem się rzeczami o "Jacku Strongu", gdy zajmująco rozmawiałem z wieloma różnymi osobami. Dzięki temu spotkania te były ciekawe, trwały całkiem długo i jestem z nich tak zadowolony, że mogę w sumie śmiało sobie pozazdrościć. Ale dosyć już o mnie, chodźmy do tematu filmu. Zaczynamy zaraz pod zdjęciem, zapraszam.

Film kinowy "Jack Strong" opowiada sławną historię o słynnej osobie Ryszarda Kuklińskiego. Możemy więc dokładnie zobaczyć, jak to wszystko wyglądało i czy w rzeczywistości było tak naprawdę, czy może zupełnie inaczej. Warto się również porządnie poprzyglądać na tamte czasy, całkiem już przecież zamierzchłe - w filmie są one zrobione dokładnie i z radością oraz pieczołowitymi szczegółami, jak chociażby stare smutne meble i biedne szare telewizory albo że nikt nie miał jeszcze komputera, a także anteny satelitarnej. Zacząłem również głośno chwalić reżysera za to, że nie znalazłem w "Jacku Strongu" żadnego plastikowego okna. A przecież nie trzeba być znacząco mądrym, by wiedzieć, iż ostatnio zrobiły się one przerażającą bolączką polskich filmów kinowych. Niby mamy jakiś tam rok, przykładowo 1973, albo 1963, albo 1953, czy jaki sobie kto właściwie chce, aż tu ni z tego, ni z jakiegoś owego wyłazi nam okno w plastiku. No, ludzie, co to ma być takiego?! Ktoś wie? Bo ja na pewno nie. I wiedzieć nie mam zamiaru, dziękuję.

Jest w "Jacku Strongu" jeszcze jedna, ogromnie pozytywna rzecz, o której należy wszystkim mówić, a nawet krzyczeć - pościg na spieszne samochody. Bardzo wartko pędzący, z trasą po znanych oraz lubianych ulicach Warszawy, którymi zawsze warto się przejść, czy to samemu, czy to z psem. Ubolewam więc w wolnych chwilach, że tak mało się kręci w Polsce scen na ścigające auta. Jak zostało w "Jacku Strongu" udowodnione, robimy to przecież ładnie i powinniśmy być z tego dumni. Róbmy to więc jak najczęściej! 


No, ale cóż, nie może być za różowo. Czas na łyżkę soli. Jest w "Jacku Strongu" cała masa rzeczy, o których najchętniej bym zapomniał do cna. Po pierwsze, scena z "Terminatora II", albo z "Obcego 3", że ktoś zostaje spalony w fabrycznym piecu. Takie rzeczy już były, raz lepiej czy gorzej, nieważne, ale powtarzać ich absolutnie nie ma sensu. Nawet najmniejszego. To tylko zwykła marnacja taśmy, na której można by nagrać coś innego, nowego, ładnego. Dwa, że biuro szpiegów w USA. Ja się pytam, czy widział ktoś takie biuro szpiegów w USA? Bo ja nie. A przecież każde głupie dziecko wie, że w CIA ciągle w tle chodzą zapracowani ludzie, wszędzie jeżdżą windy z przyciskami od 1 do co najmniej 40, no i przede wszystkim dookoła na ścianach mrugają różne światełka. Tak się właśnie szpieguje! A nie, że po ciemku i z mapą na ścianie, jak w "Wiadomościach". Ja oglądam film kinowy, czy telewizję? Chciałbym również wyrazić, że jestem za głosowaniem na nie używanie w filmach polityki ani rzeczy aktualnych. Do kina, to ja idę sobie o tym wszystkim pozapominać. I na "Jacku Strongu" już zapomniałem, aż tu nagle się okazało, że jeden ważny pułkownik ma na nazwisko Gendera... Poczułem się, jak policzek w twarz. Do widzenia!

niedziela, 02 lutego 2014
Zniewolony

Trudne filmy kinowe mają to do siebie, że warto je kręcić. Cały ciężki pot na czole, jaki wyciskają pracowity reżyser i aktorzy pełni talentu jest potem grzecznie zwracany w postaci wielu sprzedanych biletów oraz słynnej nagrody, która każdy kto ma choć trochę oleju w głowie chciałby postawić na szafie. Chadzam do kina niesłychanie często, jednak takie filmy jak "Zniewolony" udaje mi się zobaczyć bardzo, ale to bardzo rzadko, przysięgam. Jest ich najzwyczajniej w świecie przerażająco mało, nad czym mogę sobie tylko ubolewać smutnymi łzami. A łez ot tak bez powodu przecież nie przelewam, kto mnie zna, ten sam wie. Ale dość już o mnie, przejdźmy teraz gładko do objaśniania, co to właściwie jest ten cały "Zniewolony" i dlaczego warto opiewać go na maksymalne 4 gwiazdki. Po pierwsze - tytuł. W Ameryce nazywa się on "12 years a slave", co znaczy ni mniej, ni więcej tylko "12 lat, a niewolnik". Oczywiście brzmi to jak tytuł skomplikowanej książki dla specjalistów naukowych od spraw porównywania tabelowego, dlatego u nas mądrze przetłumaczono go inaczej. Gratuluję! Kolejna sprawa, że istnieją poprzednicy z podobnym tematem. Każda mama i babcia zna na pamięć "Przeminęło z wiatrem". Każdy dziecko oraz młodzież widziało milion miliardów razy "Zabić drozda". Wszyscy dokładnie wspominamy i gorąco uwielbiamy "Amistad", "Kamerdynera" oraz "Służące". Szczerze? Dobrze Państwu radzę, pozapominajcie te wszystkie tytuły, ponieważ "Zniewolony" wygrywa z nimi bez żadnej głupiej ceregieli. Jest on jak ten słynny kamień milowy, który na nowo wyznacza niemacane stopami szlaki i trasy oraz robi wielką historię światowego kina.


Kolejna ważna rzecz - aktorzy. Przy nich wszystkich Meryl Streep może się schować, gdzie pieprz rośnie, taka jest prawda. Do tej pory uważałem jej talent za najbardziej ładny i rozwinięty na świecie. Szczerze? Teraz, to on mi zwisa i kompletnie powiewa. To znaczy jest Meryl ciągle wielka, ale to już nie to samo, co kiedyś. Niestety. Pokazali się teraz więksi, co nam naocznie udowadnia właśnie "Zniewolony". Cóż, czasy się zmieniają jak w kalejdoskopach, wszyscy płyniemy i nikt dwa razy się nie wykąpie w tej samej sekundzie. Ktoś musi wyjść z wody, żeby wykąpać się mógł inny ktoś. W tej chwili kąpią się Chiwetel Ejiofor oraz Lupita Nyong'o, a Meryl Streep wyciera się na brzegu. Warto również wyraźnie wspomnieć, że są w "Zniewolonym" także Brad Pitt, Michael Fassbender, Paul Dano oraz drugi Paul, Giamatti. Nie robią oni za jakąś tam ozdobną błyskotkę, jak Megan Fox w "Transformersach", ale z całej siły udowadniają, że jeżeli chodzi o talent, to byle mokro ubłoconej sroce spod ogona nie odpadli. Chciałbym również zawrzeć w niniejszej srecenzji odważną polemikę z Michałem Oleszczykiem, że kompletnie zgadzam się z nim, iż "Zniewolony" jest bardzo dobrym filmem, ale nie zgadzam się, i to ogromnie, że poprzedni tytuł Steve'a McQueena pt. "Wstyd" jest, robię teraz dokładny cytat: "katastrofalny". Daję moją głowę, że "katastrofalny", to może być "2012" albo "Titanic", ale "Wstyd"? Jednak kłócić się nie mam w zanadrzu zamiaru, każdy przecież myśli co innego i od tego jest świat, żeby nam wszystkim ofiarował nad głowami jeden solidny dach.

A teraz uwaga, gdyż będę rekapitulować: Zatem, dobieramy się w pary, albo trójkąty, albo grupy szkolne i wycieczki, albo samemu, i robimy co takiego? To takiego, że kupujemy piękny, nowiusieńki bilecik na "Zniewolonego". Dzięki temu będziemy mieć własne zdanie w każdym skomplikowanym towarzystwie oraz przy okazji obejrzymy porządny, słynny już film, który jest ważny, jak żaden od dawna. A nawet od dawien dawna. Do widzenia.

piątek, 17 stycznia 2014
Sierpień w hrabstwie Osage

Witam na samym początku mojej najnowszej srecenzji o filmie kinowym pt. "Sierpień w hrabstwie Osage". Daję pół głowy, że każdy sobie teraz mocno myśli: Ciekawe, jak zagrała w tym filmie słynna Meryl Streep? Czy była lepsza od sławnej Julii Roberts? A może obie były nie do oglądania, takie aż beznadziejne? Spieszę zatem w natychmiastowe pędy, aby dokładnie odpowiedzieć na wszystkie te gorące pytania.

Pytanie pierwsze: Ciekawe, jak zagrała Meryl Streep? Tak, zgadzam się, jest to rzeczywiście ciekawe. Nawet bardzo mocno - bądźmy szczerzy i się nie wstydźmy. Otóż, Meryl Streep zagrała jak zawsze, w ten swój cały sposób, z tą jedną różnicą, że tym razem zrobiła to najlepiej, jak do tej pory. Chciałbym zatem zaapelować do wszystkich kinofanów, żebyśmy od dzisiaj zgodnie uważali, iż jest to aktorka potężna, o talencie wielkim jak Stadion Narodowy i King-Kong razem wzięte. A jeśli ktoś uważa coś wręcz przeciwnego, to może się ze mną nawet o to bić. I to bardzo mocno! Oczywiście, jeśli tylko ktoś chce, nie namawiam. O, właśnie mi się skojarzyło, że piosenka w "Domowym przedszkolu" kończyła się właśnie tak: "Jeśli tylko, jeśli tylko chceeesz...". Występowała tam taka pani, co kazała skakać dzieciom przy pianinie, albo na jednej nodze skakać. Mój kolega jej nie lubił, zawsze wrzeszczał na całe podwórko, że ona nic innego tylko męczyć dzieci potrafi, tylko męczyć! Od razu wiadomo, że wszyscy się z nim biliśmy, gdyż pani nie męczyła dzieci, lecz je rozwijała na dorosłą przyszłość, pełną dziur i pni do przeskoczenia jak antylopa. Chociaż, tak szczerze, to Meryl Streep najlepsza była jednak w "Ze śmiercią jej do twarzy" o szyi jak łabędź i w "Dzikiej rzece" z wiosłami za pan brat. Natomiast Julia Roberts najlepsza jest dopiero tutaj właśnie. Oczywiście ciągle wygląda zgrabnie i powabnie, jednak umówmy się - pierwszy raz w życiu tak mocno krzyczała. Aż szyby mogłaby potrzaskać na strzępy, gdyby tylko chciała! Następnie pod zdjęciem poruszę inny temat, najważniejszy w filmie pt. "Sierpień w hrabstwie Osage". Polecam.

Każdy człowiek musi jeść, nie ma co ukrywać. Czasem jednak bywa z tym kompletnie trudno. Najgorzej jest rano po przebudzeniu. Dlatego ja, osobiście nigdy nie jadam na czczo. Każdy dzień zaczynam od gorącej herbaty z maliną mojej babci. Potem przepyszna przekąska i dopiero wówczas pożywne śniadanie. Ale co innego nasze szare życia, a co innego jedzenie w filmie kinowym pt. "Sierpień w hrabstwie Osage". Pewnie każdy głupi wyraźnie już słyszał o scenie pogrzebowego obiadu. Wróżę, że scena ta będzie robić historię kina identycznie, jak na przykład strzelanina dworcowa w Nietykalnych" albo Jack Nicholson w "Lśnieniu", taka jest prawda. Oto, jak ona idzie: Meryl Streep siedzi na przodzie stołu, obok ma siostrę, dalej Julia Roberts, a jeszcze dalej mąż. Reszta siedzi na zupełnie innych miejscach. Wszystkie krzesła są jednoosobowe. Zaczynamy. Rodzina najpierw się modli, potem smacznie je, niby nic się nie dzieje, mlaskanie... aż tu nagle bum! I znowu BUMI tak przez ileś tam minut, z piętnaście, szesnaście, ciężko policzyć, zresztą kto by tam bawił się w bankiera. Ja nie. Oczywiście każdy z krztą oleju w głowie domyśla się, że na końcu obiadu dochodzi do bitwy. Wyniosłem z tej sceny pożyteczny morał do zastosowania na co dzień, który Państwu teraz przyjemnie wyłuskam: Otóż trzeba być w życiu czujnym, co się je i z kim. I gdzie. Kropka. Ponadto uważam, że darzę w tym filmie niezłą sympatią także równiny po horyzont i płaskie jak decha pola. Kojarzą mi się one z moimi pierwszymi krokami w jeździe na rowerze po Żuławach. Najbardziej wspominam trawy i trzciny zupełnie nieopodal Zalewu Wiślanego. Łowiliśmy tam smaczne ryby oraz obserwowaliśmy odważne życie błotniaka stawowego. Do widzenia.

poniedziałek, 13 stycznia 2014
Pod Mocnym Aniołem

Każdy z nas był kiedyś chociaż trochę pijany. I Ty, i Twoja sąsiadka, i królowa Elżbieta, i nawet ja. W wybrane dni alkohol uderza w mózg tak mocno, że nasza pamięć zaczyna posiadać znaczącą wyrwę. Tak działa wódka i spirytus (lampki wina do obiadu, tej garści wąskich łyków nie liczę). I teraz co takiego nam następuje? A no to, iż możemy w kinie zobaczyć z bliska, jak właściwie wtedy wyglądaliśmy. Proszę Państwa, kto widział bardzo śmieszny trailer do "Pod Mocnym Aniołem", ten dobrze wie, że jest to ubaw jak bum cyk cyk! Więc oglądamy sobie w wygodnym kinowym fotelu, jak to śpiewaliśmy, tańczyliśmy, zaczepialiśmy samochody na ulicy, wypadaliśmy z okna prosto na ziemię, usuwaliśmy z żołądka nielubiane jedzenie poprzez otwarte wargi, zasypialiśmy w wodnej wannie aż do utonięcia, albo że śniło nam się, iż siedzimy na muszli klozetowej, umieszczając w niej zużyte jedzenie, a potem nas koledzy budzili, a my nie w toalecie, tylko w łóżku! Cała pościel do prania. I to w 90 stopniach raczej! Taka jest prawda, która promieniuje z ekranu. Poza tym, że jest śmiesznie, to jest również identycznie jak na przepięknym plakacie filmu "Pod Mocnym Aniołem", czyli że to piękna opowieść o miłości, co pewnego nie wiadomo jakiego dnia, rozkwita pod pękatym w pieniądze bankomatem. Gdzie to uczucie pójdzie? Co z nim będzie? Czy rozkwitnie podobnie do "Kiedy Harry poznał Sally"? Dowie się tylko ten, kto kupi bilecik. 

Co do grania aktorskiego Roberta Więckiewicza, no to tutaj nie ma zmiłuj, wszystko jest jak trzeba, na swoim miejscu i do wspaniałego podziwiania. Zresztą, u niego to już żadna tam dziwota, a raczej zwykła normalka. Dokonałem natomiast odkrycia, iż bardzo śmieszna jest we fragmencie o starej polskiej wsi charakteryzacja na Marianie Dziędzielu, gdyż zamiast czupryny, ma on łysinę ze swoistymi włosami po bokach. Wygląda to wszystko razem jak jajo. Tylko strusie. Głowa swój rozmiar przecież ma i nie jest on kurzy bynajmniej. Uważam również, że podoba mi się scenariusz, który jest przecież przykładnym spisem z książki. Jak się z nią porówna film, to wyjdzie szydło, iż wiele jest zgapionych od Pilcha momentów. Jednak niestety nikt nie mówi mojego ulubionego powiedzenia i przysłowia: "piczka terapeuciczka". Na szczęście mogę je zawsze powiedzieć sobie w domu na głos przed lustrem albo ścianą, więc tragedii w sumie nie mam. Warto również dosadnie podkreślić, że na końcu filmu wykonujemy znany i lubiany, słynny Smarzowski lot do góry, byśmy objęli rzutem oka co tylko sobie tam chcemy. Szczerze? Odważny musi być ten, kto trzyma kamerę. Widać bowiem, iż w Polsce dźwigi mamy już całkiem wysokie.

Muszą Państwo koniecznie również wiedzieć, iż mamy w filmie kinowym "Pod Mocnym Aniołem" sprytne cytaty z innych filmów. Przede wszystkim na oczy się rzuca ewidentne występowanie elementów kanałowych, które tworzą nam zwartą reminiscencję wspomnień z przeszłego filmu kinowego pod znanym tytułem "W ciemności". Jest to sprytne coś, gdyż lepi niejako połączenie tych dwóch dzieł, z którego może całkiem wiele wyniknąć, pod warunkiem że się chociaż trochę pomyśli. Ja na przykład zaobserwowałem, że w kanałach Smarzowskiego jest światło i wszystko widzimy, jak na wyraźnej, porządnej dłoni. A u Holland było wręcz przeciwnie, czyli ciemno jak makiem zasiał, gdzie nawet palca nie można wcisnąć, taka to smoła. Wynika z tej różnicy bardzo ciekawa rzecz, o której jednak pisanie byłoby za długie, więc się ze smutkiem powstrzymam. Muszą mi Państwo aczkolwiek dać wiarę, że jest to naprawdę niezła heca! I tak tutaj teraz wspólnymi siłami doszliśmy do końca niniejszej srecenzji, dziękuję wszystkim za piękną uwagę i życzę, żeby kupili Państwo tyle bilecików na film kinowy "Pod Mocnym Aniołem", ile tylko da się unieść. Bo bilet do kina jest wzorowym prezentem dla każdego. Dlatego korzystajmy z tej znanej zasady. Do widzenia.

czwartek, 09 stycznia 2014
Nimfomanka, część 1.

UWAGA: W srecenzji występuje całe mnóstwo słów takich, jak: seks, piersi, pośladki oraz inne, nie dla dzieci. Dlatego upraszam, że jak jesteś mały / mała, to idź stąd w tej chwili do swojego pokoju i dalej nie czytaj. Bo powiem mamie!

No, i stała się wielka nagroda za długie czekanie na film "Nimfomanka" - że w końcu go obejrzałem. Było i trochę śmiechu, i łez, a i pewnie multum mężczyzn na widowni miało czasem tak zwany namiot, a kilka kobiet to pewnie zobaczyło. Pierwsza myśl, która nasuwa mi się na mózg, jest taka, że widać na ekranie całkiem sporo części ciał dla dorosłych. W kinach puszczają odnogę filmu ocenzurowaną, a i tak jest nieźle i mokro. Ciekawe więc, co w takim tutaj razie widać na tej bez cenzury? Wszystko?! Cóż, może się kiedyś dowiemy, a może nie, tego jak zwykle nie wie nikt. Nawet ja. Zatem, gdy już zakupimy nasz spocony bilecik na gorący film kinowy "Nimfomanka, część 1.", będziemy mogli sobie wygodnie obejrzeć następujące części ciał bez ubrań: stopy, łydki, kolana, uda, pachwiny, pomiędzy-pachwinie, pępek, piersi, plecy, pośladki, ucho, włosy i nos. Często jest tak, że widzimy wszystko na raz, w bardzo szybkim ruchu i polane gęstym potem, tak więc nie wiadomo, czy mamy się skupić, dajmy na to, na stopie, czy na takim pępku. Wybór jest ogromny! Zatem naprawdę warto. Dlatego napisałem o Nimfomance wiersz:

Ach, jestem nimfomanką,

zaraz spocę obcego gościa,

ciekawe, kto to będzie? Może Ryan Gosling Jr.?

Już się nie mogę doczekać, aż się dowiem.

Ach, jestem nimfomanką,

nie założyłam dzisiaj bielizny (a mam jej całą szufladę),

jestem więc jak Sharon Stone w "Nagim Instynkcie",

...szukam szpikulca do lodu.

Chodzi mi o to, że ja jestem tym lodem,

a szpikulec jest prąciem.

Ach.


W filmie pojawia się również osobnik mędrca, który nam wszystko jak chłop w rowie objaśnia, o co tej całej Nimfomance tak naprawdę idzie. Uważam prywatnie, że Lars von Trier specjalnie go do filmu włożył, żebym na przykład ja, gdyż jestem krytykiem, nie napisał teraz ludziom jakichś głupot, bo filmu nie zrozumiałem. Takie jakby przezorne reżyserskie zabezpieczenie. Dlatego mogę obecnie twardo napisać, że "Nimfomanka, część 1." jest o zwykłym, głupim po prostu... wędkowaniu na muchę! Tak właśnie stoi na ekranie. Jak byłem mały, to często chadzałem na ryby w piątek po lekcjach. Moja mama nie lubiła tych ryb, albowiem musiała je potem smażyć i smażyć. Mówiła: "Już mi tych ryb nie znoś, albo łów takie, co ich smażyć nie trzeba, tylko można na surowo jeść. Sushi łów, rozumiesz dziecko?!". Potem niestety łaziła Straż Miejska oraz goniła mnie po krzakach, że nie miałem karty wędkarskiej.

Uma Thurman natomiast była taka, że aż jej nie poznałem! A Christian Slater cały czas wygląda jak w "Więcej czadu". Ciekawa jest również zabawa o mokrych żabach. Do widzenia. 

czwartek, 02 stycznia 2014
"Wilk z Wall Street"

Dzień dobry. Zaczynają Państwo właśnie czytać drugie zdanie srecenzji, która z przyjemnością zaprezentuje prawdopodobnie najlepszy dotychczas film kinowy nowego, 2014 roku. Jego tytuł, nie ma co ukrywać, brzmi w ten oto sposób: "Wilk z Wall Street". Oglądanie oscyluje nam tutaj przy jakichś trzech godzinach. Jednak proszę się kompletnie nie martwić, za reżyserię wziął się bowiem sam Martin Scorsese, którego wszystkie poprzednie filmy znamy i oglądamy w kółko i w kółko. A kto tego nie robi, ten jest z innej planety raczej. Z Marsa albo chyba z Księżyca spadł. I to na głowę.

"Wilk..." zawiera w sobie pouczającą opowieść o pieniądzach, narkotykach, jachtach, pośladkach, piersiach, autach szybkich jak struś pędziwiatr, basenach, trąbach, a nawet jest i małpa, jeśli ktoś lubi filmy zoologiczne. Poza tym są tutaj doniosłe imprezy oraz bale, prawie tak wielkie, jak w "Wielkim Gatsbym" i w dodatku z tym samym Leonardo DiCaprio. Czyli, że Scorsese trochę pozgapiał. Nieładnie. No, ale trudno, żyjemy w końcu w erze, gdzie wszystko już było i został nam tylko postmodernizm do obrobienia.

"Wilk..." przepięknie opowiada nam historię z prawdziwymi faktami autentycznymi w tle i nie tylko. Scorsese szeroko jak jakiś Matejko maluje nam przed oczami życie Jordana Belforta, który był niemalże pucybutem, a ni stąd, ni z jakiegoś owąd przemienił się w milionera o portfelu grubym jak John Goodman. Szczerze? Ogląda się to wszystko, jak by się jechało na jakiejś pieruńskiej karuzeli, i to nie z Madonnami, ale z Lady Gagami! Aż chce się krzyczeć: Ludzie, trzymajcie mnie! 

Oprócz gwiazdorskiego DiCaprio możemy w "Wilku..." również zobaczyć aktora z bardzo trudnym nazwiskiem do powiedzenia: Matthew McConaughey. Długo go nie było, a teraz proszę, jakie wspaniałości robi: "Magic Mike", "Dallas Buyers Club", "Wilk..." - jak nie ten aktor! Tylko jakiś zupełnie inny! Może to nie on? Co więcej, gra nam tutaj również słynny reżyser Rob Reiner, który mianowicie nakręcił takie to, a takie filmy robiące historię kina: "Ludzie honoru", "Misery", "Kiedy Harry poznał Sally", "Choć goni nas czas" i milion tysięcy innych. Ten, kto go rozpozna na ekranie, jest porządnym kinomanem o wielu walorach.

Chciałbym przy tej wygodnej okazji uprzejmie zaproponować zdementowanie świeżej plotki, iż Leonardo DiCaprio dostanie nareszcie Oscara za rolę. Ale bowiem nie dostanie. Sądzę właściwie, iż Leonardo DiCaprio nigdy nie dostanie Oscara, choćby się na ekranie powiesił. Ale jak się weźmie za bycie reżyserem, to kto wtedy wie? Tak przecież było z Clintem Eastwoodem za "Bez przebaczenia", a potem sytuacja stała się ponowna przy "Za wszelką cenę". Czyli, że warto robić filmy, panie Leonardo, a nie tylko w nich sobie grać, rozumiemy się? A teraz wszyscy ubieramy buty i biegniemy do kina, raz dwa trzy!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15